Chwilowo jeszcze tu. Póki co, chcę się zająć sprawą priorytetową, czyli pierwszym rozdziałem mojej pracy licencjackiej. Nowy blog jednak wymaga trochę czasu, więc póki co jeszcze na starych śmieciach.
Ze spraw ważniejszych, od rana męczyliśmy się z zatkaną toaletą. Można? Można. Nasza 'ukochana' współlokatorka, Pau., wpadła wczoraj wieczorem do mieszkania. Miała dzisiaj egzamin, a dodatkowo w tym tygodniu wypadał jej dyżur sprzątania. No i Pau. wzięła się wczoraj za sprzątanie. Dziś rano wstaję i idę do łazienki, podnoszę klapę, a tam pełno papieru. Myślę sobie, że ktoś nie spłukał, więc odruchowo nacisnęłam spłuczkę. Automatycznie woda poszła do góry i stoi. Myślę sobie, no to pięknie. Przyuważyłam też, że nie ma plastykowego koszyczka na kostkę do wc. Idę do Pau. i pytam, gdzie jest koszyczek, a ona do mnie, że przypadkiem go spłukała, na co ja, że przypadkiem mamy zatkaną toaletę. No i jak to Pau. ma w zwyczaju, zwinęła się z mieszkania i tyle ją widziałyśmy. No tak, bo najlepiej się niczym nie przejmować. Dopiero koło 21 przyjechał M. i tak jak mi przez telefon poradził pan hydraulik, M. odkręcił toaletę i przeczyścił wszystko. Jeszcze o 22 jechaliśmy do tesco po silikon, żeby uszczelnić rurę, bo ciekła nam woda przy spłukiwaniu. Ale co najlepsze, sam M. był w szoku jak można coś takiego spłukać (teoretycznie nie można) i nie zauważyć, że wpadło. Generalnie nie wiemy jak ona to zrobiła, wiemy tylko, że musiała się bardzo postarać. Brak słów. Ja mam opinię na ten temat jedną - pożegnać się z nią, za nim znów czegoś nie wykombinuje. A już i tak jest problem z internetem, bo odebrałam dziś mejla, że zalegamy z zapłatą za listopad - pechowo, akurat za listopad przelew niby robiła Pau.
Nie mam więcej pytań, idę spać, bo padam z nóg po dzisiejszym, stresującym dniu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz