poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Weekend minął mi jak zawsze...

Weekend minął mi jak zawsze - za szybko. I zaczął się niezbyt przyjemnie, o czym zdążyłam już Wam po części napisać. 
W środę, korzystając z ładnej pogody, stwierdziłam, że wypiorę sobie ręczniki, tym bardziej, że już mi się 4 uzbierały. A że nie chciałam robić dwóch prań z rzędu, w czwartek wyprałam ciemne rzeczy a w piątek wstawiłam sobie białe. Nikogo, czyt. Kudłatej, nie było w domu, więc miałam nadzieję, że ze spokojem sobie wypiorę, tym bardziej, że prawie przy każdym praniu słyszałam, że jak przyjdzie rachunek to będę dopłacać itp. Siedziałam sobie w pokoju przed komputerem i pisałam z Magnolią, kiedy wparowała do mojego pokoju Kudłata i zaczęła wykrzykiwać. Pełna zdziwienia zapytałam jakim prawem wchodzi do mojego pokoju bez pukania, a ona, że pukała - no nie wydaje mi się, bo słyszałam jej kroki i natychmiastowe otworzenie drzwi, ale Kudłata podsumowała to tak, że widocznie powinnam iść do lekarza skoro mam problemy ze słuchem. No i się zaczęło, że mam obsesję, że ledwo otwieram oczy, już pralka chodzi, że jestem szopem praczem i powinnam pracować w pralni, że jestem nienormalna itp. Miałam się nie odzywać, no ale nie mogę siedzieć cicho gdy ktoś na mnie psy wiesza niesłusznie i obraża, no po prostu nie mogę. Cokolwiek do niej mówiłam, ona nie słuchała tylko mnie przekrzykiwała mówiąc swoje. Więc grzecznie, poprosiłam żeby wyszła z mojego pokoju i może sobie pokrzyczeć na dworze, na co ona jeszcze bardziej krzyczeć zaczęła. Więc podeszłam do drzwi by je zamknąć, a ona siłą w nich stanęła i jak próbowałam je zamknąć, zaczęła się wydzierać i wymachiwać, że jestem agresywna, że co ja wyprawiam... momentalnie się odsunęłam, i patrzyłam na nią będąc w ogromnym szoku... ja? agresywna? Jak ludzie potrafią sobie wszystko podkoloryzować, robię prania 2-3 w tygodniu, jak dla niej to piorę codziennie i chyba nie ma dla niej znaczenia, że Nas jest dwoje. I przy okazji tych drzwi, powiedziałam jej, że sobie nie życzę, żeby wchodziła do mojego pokoju bez pukania lub gdy mnie nie ma - bo i tak się zdarzało, że wchodziła do Nas bez potrzeby i nie wiem co ona tam robiła?! Na to ona śmiać się zaczęła, że ona tu mieszka, że nikt jej nie zabroni tu wchodzić i będzie to robić kiedy ma ochotę, i zapytała ironicznie 'a co, może będziesz zamykać pokój na klucz?' i tu jej odpowiedziałam, że tak, na co ona zaczęła coś wykrzykiwać, to powiedziałam, że rozmawiałam z właścicielką i ona nie ma nic przeciwko. Na co ona 'Tak?? Ale to ja tu mieszkam!! Jak chociaż raz przyuważę, że drzwi są zamknięte, nie zostawię tak tego!!' i zaczęła się odgrażać. Już miałam jej serdecznie dosyć, myślałam, że zaraz wybuchnę. Jak tylko wyszła z pokoju, założyłam buty i wyszłam z domu tak jak stałam. Jeszcze nikt, tak mi ciśnienia nie podniósł jak ona. I to się nie da nie przejmować, nie słuchać. Bo ile można znosić takie chore zachowanie, no ile? Komukolwiek bym nie opowiadała tych wszystkich sytuacji, ich zdanie jest niemalże identyczne - ona jest ostro porąbana.
Po całej tej piątkowej sytuacji strasznie rozbolała mnie głowa i dostałam z tych nerwów porządnego rozwolnienia. Mam dość, psychicznie, takiej chorej atmosfery. I to do tego stopnia, że poważnie rozważam wyprowadzkę. Całość przeważy zdanie właścicielki, bo wspólnie z Ma. i M. stwierdziliśmy, że trzeba by było z nią porozmawiać, bo coś nam się ciężko wydaje, że kobieta nawet nie zdaje sobie sprawy z tego co Kudłacz wyprawia. Rządzi się jakby to wszystko było jej, wszystko musi być tak jak ona chce, jakby była najważniejsza. I tylko Nas interesuje, jak często się tutaj lokatorzy zmieniali, bo jestem pewna, że nikt nie wytrzymałby takich sytuacji długo. 

Poza tym incydentem, weekend minął mi całkiem przyjemnie. W sobotę rano zawiozłam M. do pracy i pojechałam do rodziców. I to był bardzo dobry pomysł, niż siedzieć samej pół dnia. Przy okazji brat wyciągnął mnie na dwór i myliśmy nasze autka. M. miał niespodziankę :) tak wysprzątałam auto, że nie dało się nie zauważyć. Po południu wsiadłam w autko i pojechałam do rodziców M., bo M. wrócił ze swoim tatą z pracy. Posiedzieliśmy do wieczora i wróciliśmy do Poznania. Po drodze złapała Nas straszna burza, waliło i błyskało się tak, ze aż się bałam, dawno nie było takiej burzy. Na szczęście szybko przeszła. W niedziele od rana wybraliśmy się na małe zakupy, a popołudnie spędziłam już siedząc z notatkami. Pod wieczór zrobiłam sobie przerwę na kanapki przygotowane przez M. i tak w sumie do wieczora siedziałam. Jeszcze w tym wszystkim znalazłam chwilę, żeby pobyć z M., poprzytulać się. Dobrze, że Go mam:* Mimo, że czasem wydaje mi się, że to taki Miś Puchatek, o małym rozumku, ale jest najlepszym Facetem na świecie!:* Kocham Go:*
No i te kilka dni zapowiadają się być pełne pracy, bo jeszcze mam sporo do nauki i powtórki, ale dam radę. I nie ma innej opcji. I przepraszam, Was, jeśli trochę Was zaniedbam, ale siła wyższa. 
Do następnego!

sobota, 27 sierpnia 2011

Okropny ból głowy ogranicza...

Okropny ból głowy ogranicza dziś moje pisanie. Każdy, najmniejszy nawet ruch mnie boli. Wzięłam ciepłą kąpiel z myślą, że pomoże - nie pomogło. Czuję się tak samo fatalnie jak i przed kąpielą. 
Miałam napisać o dzisiejszym zajściu z panną K., ale nie mam na to siły. Ludzie takiego pokroju, powinni się leczyć psychicznie, a nie wykańczać innych. Miałam w życiu wiele nerwowych sytuacji, ale po raz pierwszy musiałam wyjść z domu, żeby się uspokoić. I nawet nie chcę myśleć, co myśleli sobie ludzie, którzy mnie mijali. W sumie, niech sobie myślą co chcą. Ale daję słowo, miałam ochotę chwycić ją za te jej czarne kudły i przeciągnąć po ścianie. Powstrzymałam się.
Ktoś, kto czytał moją wczorajszą wieczorną notkę, mógł poczuć się zaniepokojony. No cóż, czasami, nawet te najlepsze związki miewają swoje gorsze dni. Mimo to, kocham Cię Niebieskooki :*

czwartek, 25 sierpnia 2011

Strach.

Boję się, że któregoś dnia nie wróci, że już go nie będzie, że pozostanie mi po Nim wielka pustka. Boję się, że nie odpisze na kolejnego sms'a, nie odezwie się. Boję się, spoglądając cały dzień na telefon czekając na wiadomość od Niego, boję się. Przy otwartym oknie wsłuchuję się w dźwięk przejeżdżających aut i kiedy jestem już niemalże pewna, że to On, wychodzę na balkon z nadzieją, a potem stukam się w czoło myśląc, że by napisał jakby wracał do domu. Bo napisałbyś, prawda?

środa, 24 sierpnia 2011

Niebieskooka siedzi z kubkiem...

Niebieskooka siedzi z kubkiem gorącej herbaty i myśli. O czym? O wszystkim. 
O ślubie, o dziecku. Coraz więcej osób w moim otoczeniu zaręcza się, bierze ślub, spodziewa się dziecka. A mnie już ściska od tej zazdrości. I nie piszcie mi, że na wszystko przyjdzie odpowiedni czas, bo co to znaczy 'odpowiedni czas'? Mam wrażenie, że takie coś nie istnieje, zawsze będzie to 'coś', a jednak ludzie decydują się na to. Niby mi się nie śpieszy, niby mi dobrze tak jak jest, bo mam przy sobie odpowiedniego Mężczyznę, ale jednak, nosić pierścionek na palcu, to już coś poważniejszego, coś tak ważnego jak wspólne mieszkanie. 
Jak ostatnio powiedziała mi S., że teraz jest najlepszy wiek na dziecko, a potem, jak będzie stara, będzie robić karierę jako pani notariusz. A ja nawet nie wiem, kim bym chciała być w przyszłości? 
I znów oszukuję siebie, udaję, że nie widzę stosu notatek najróżniejszych. Naiwna.

wtorek, 23 sierpnia 2011

Z cyklu: Niebieskooka się uczy.

Niebieskooka się uczy, a raczej próbuje się uczyć, czyli robi wszystko byle tylko się nie uczyć. I jak już zrobiłam wszystko, przyłapałam się na tym, że odkładam tą nieszczęsną (w moim wydaniu) literaturę na potem. 
Wczorajszy dzień minął mi tak szybko, że sama nie wiem kiedy. I praktycznie nie zdążyłam zrobić nic. Uporządkowałam swoje notatki, spotkałam się z Z., żeby skserować sobie od niej notatki i podzielić się moimi, i zdołałam ściągnąć sobie kilka opracowań lektur.
A dziś w całym pokoju porozkładane są moje notatki, przewalają się zakreślacze i kartki papieru, i na w pół zrobiona tabelka z lekturami - moje dzisiejsze zadanie. 
Powoli zaczynam panikować. Wiem, obiecałam sobie, że ze spokojem wszystkiego się nauczę, wszystko sobie przypomnę, ale zaraz mam przed oczami te wszystkie razy kiedy też tak myślałam i mi nie wyszło. Ale wiem, staram się myśleć pozytywnie.  

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

"Jeśli choć raz..."


"Jeśli choć raz spojrzysz mi w oczy
i przytulisz do nich się
musisz wiedzieć, że czasem zaskoczy
miłość tańczy tak jak chce(...)"

Witajcie Kochane, ktoś kiedyś powiedział, że 'nienawidzi poniedziałków', pokażcie mi proszę kto... Od samego rana, ba!, od wczorajszego wieczoru, słucham powyższej piosenki i czuję, że mogłabym przenosić góry, tysiące gór! I chciałabym tylko, żeby to uczucie trwało jak najdłużej.
Czeka mnie pracowity tydzień. Od dziś zabieram się za oswajanie literatury. Notatki już na mnie czekają. Zaczynam powoli, przeglądem lektur, a potem zobaczę jak mi to wszystko pójdzie, mam nadzieję, że nie będzie źle. Mam przecież wystarczającą ilość czasu.
A weekend? Myślałam, że będzie gorzej. Zapowiadało się siedzenie w domu - jak ja tego nie znoszę... Ale tutaj zaskoczył mnie mój M., bo w niedziele po śniadaniu zabraliśmy kijki i poszliśmy na spacer nad Maltę. Zajęło Nam to pół dnia i było bardzo miło. Tylko efekt nie za bardzo dał mi spać w nocy. Lekko się spaliłam od tego wczorajszego słońca, ale mądry Polak po szkodzie. Nie pomyślałam jak to się może skończyć, jak wystawię moje wrażliwe na słońce ramiona, ale cóż, możecie mówić do mnie raczku. Mam tylko nadzieję, że przestanie boleć. 
Tak więc muszę się szybciutko ogarnąć i zabrać się za moje notatki, trzeba je porządnie posegregować, bo trochę ich mam. A po południu umówiłam się z Z., która chce sobie pokserować moje notatki, więc muszę się z tym szybko uwinąć, a potem zajmę się lekturami. 
I przepraszam, że się powtarzam, ale ubóstwiam tę piosenkę! http://www.youtube.com/watch?v=fMcFZTjxQDc&feature=related
Do napisania!

sobota, 20 sierpnia 2011

Przez kilka ostatnich dni...

Przez kilka ostatnich dni, w moim blogu, tak jak w moim życiu - beznadziejnie. Siedziałam w domu nie mając pomysłu na siebie i doskonale zdawałam sobie z tego sprawę, z tej beznadziejności, co jeszcze bardziej pogrążało mnie. Więc było tu biało, pusto, bez pomysłu. 
Nie wiem jak to nazwać... gorsze dni? W końcu jestem kobietą. Zresztą, bez względu na płeć, każdy ma prawo do gorszych dni prawda? 
Od kilku dni, gdzieś z szafy, zerkają na mnie notatki z literatury. A ja nie mam siły ich wziąć do ręki i odkładam to 'na potem', czyli pewnie do poniedziałku. Tak, od poniedziałku spróbuję zrobić 'coś' żeby to jakoś ogarnąć. Mam czas, wystarczającą ilość czasu i dodatkowe materiały. Swoją drogą, zastanawiam się czy kiedykolwiek przekonam się do literatury? Bo jakoś do tej pory nie po drodze nam. 
Słonko za oknem, aż by się chciało gdzieś wyjść. W sumie nikt mi nie broni, więc dlaczego siedzę ze swoim tyłkiem w domu? Nawet nie mam ochoty, i motywacji przede wszystkim, na cokolwiek. Mój M. w pracy, a mi doskwiera brak kontaktu z kimkolwiek. Kolejny już dzień. 
Miałam plany na weekend, wyrwać się stąd, jak co weekend. Jakoś nie lubię weekendów w Poznaniu. A niby to takie piękne miasto, studenckie! A ja po porstu potrzebuję czegoś innego, co pozwoli mi się odmóżdżyć, z dala od miasta. Gdybym tylko miała pod ręką auto... gdybym tylko. 
Wsłuchuję się i udaję, oszukuję czas. http://www.youtube.com/watch?v=fMcFZTjxQDc&feature=related

wtorek, 16 sierpnia 2011

(Po)imprezowo, czyli jak minął mi długi weekend.

Zgodnie z ustaleniami po pracy, w piątkowe popołudnie wybyłam pochodzić po sklepach. Tak więc szukałam czegoś do mojej sukienki. Najpierw myślałam o jakimś sweterku, potem wpadłam na pomysł kupna butów, a na końcu torebki. Więc sweterek dostałam bez problemu. Co prawda najpierw byłam w h&m, ale że nic szczególnego nie wpadło mi w oko, weszłam do reserved i tam kupiłam sobie śliczny szary sweterek z rękawem trochę za łokieć, z lekkimi bufkami na ramionach, tak że wyglądał elegancko ale w moim stylu, długość do pasa. Potem na bazarku kupiłam sobie szarą, małą torebkę i najwięcej nachodziłam się za butami. Wszystkie albo mi klapały, albo nie było na mnie rozmiaru. Więc po przymierzeniu kilku par tradycyjnych szpilek, stwierdziłam, że nie obejdzie się bez butów zapinanych na kostce, bo inaczej wątpię żebym znalazla cokolwiek z moją chudą piętą. Ale udało się. Weszłam do ccc i kupiłam sobie szare szpilki, z wyciętymi palcami, z tyłu zapinane na zamek i z szeroką opaską wokół nogi, także buty już mi nie klapały. No i byłam gotowa. W sobotę, cała uroczystość rozpoczęła się mszą w kościele. Było pięknie. Aż się wzruszyłam, jak dziadkowie wychodzili z kościoła, zagrali im marsza weselnego. Przepięknie. Po kościele pojechaliśmy na uroczystość do pobliskiego dworku. Obiad, kawa, no i część artystyczna. Czyli moja prezentacja i cała reszta. Wyszło świetnie! Całość zajęła nam więcej czasu niż na to przeznaczyliśmy początkowo, ale daliśmy radę. I zauroczyłam się piosenką: http://www.youtube.com/watch?v=ue7-VjuMZZk i żałuję tylko, że nie mam jej w wersji mojego wujka, bo ta jest owiele bardziej powalająca od oryginału. A po części artystycznej przenieśliśmy się do ogrodu na pieczonego prosiaczka i piwo. Było naprawdę fajnie, rodzinnie. I najważniejsze, że dziadkom się podobało. 
To tak w skrócie. Do następnego.

piątek, 12 sierpnia 2011

Zaległości.


Znów robię sobie tutaj zaległości. Wiem i przepraszam. Ostatnio pochłania mnie praca i robienie prezentacji dla dziadków. Dzisiaj ostatni etap, czyli dodanie ostatnich zdjęć, słów piosenek i 'dopieszczenie całości'. Napracowałam się, nie ma co i mam nadzieję, że efekt będzie conajmniej właściwy. A impreza już jutro. Został mi jeszcze do dokończenia prezent dla dziadków ode mnie i mojego brata. Kupiliśmy dziadkom album na zdjęcia, duży kwadratowy, na spirali, na wklejki. Muszę zaprojektować okładkę, czyli jakoś ładnie podpisać i wkleić zdjęcie dziadków, kupić wstążkę do końcowej dekoracji i czuję się w tym jak ryba w wodzie! Na pierwszą stronę wkleiłam już zaproszenie na uroczystość dziadków, przygotowałyśmy z mamą jedno więcej. A w resztę albumu wkleję zdjęcia z samej uroczystości. Oczywiście album dostaną jutro z 'dopiskiem', że w całość prezentu wchodzi również uzupełnienie albumu zdjęciami. I jeszcze ode mnie i od M. planuję kupić jakieś dobre wino, a ponoć, jak ostatnio stwierdził sam dziadek, mam do tego rękę.
No i z racji imprezy, zdałam sobie sprawę, że prócz sukienki, nie mam do niej nic. Tzn. jeśli będzie ciepło, nie ma problemu, ale znając naszą pogodę, wolę być przygotowana pod każdym względem. Więc wybieram się dziś po pracy na zakupy w poszukiwaniu jakiegoś bolerka bądź krótkiego sweterka pasującego do mojej sukienki. A może przy okazji upoluję jakieś ładne buty.
A co więcej u mnie? Chyba bez większych zmian, poza 'imprezowym' szaleństwem. Ale mam nadzieję, że po jutrzejszym dniu, cały ten kocioł zniknie i będę mogła oddać się 'chwili przyejmeności'.
Odebrałam w czwartek moje długo wyczekiwane prawo jazdy. I już nawet zdążyłam wsiąść za kierownicę. Zniechęca mnie jednak fakt, że nikt, nawet M., nie wierzy w moje 'zdolności'. Wiem, może daleko mi od 'idealnego kierowcy', ale skąd ten brak zaufania? Bo gdybym jeździć nie umiała, nie zdałabym egzaminu, prawda? Wiem na co mnie stać i wiem, że brakuje mi jeszcze wprawy i wyczucia, ale jeśli jeździć nie będę, to nigdy nie zdobędę większych umiejętności. Smutne, że nawet M. ironicznie mnie poucza, a przecież jadę dobrze.
No i wielkimi krokami zbliża się połowa sierpnia i mniejszymi, choć równie szybko, moja wrześniowa poprawka z historii literatury. Na samą myśl mam dość, bo ile można?! Ale cóż, nie dam się. W przyszłym tygodniu, pożyczę notatki od A. i zabieram się ostro do nauki.
I odliczam godziny do wyjścia z pracy i zakupowe szaleństwo można zaczynać :)

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

7 rzeczy.


7 rzeczy, których jeszcze o mnie nie wiecie…
Zainspirowała mnie Magnolia tymi siedmioma rzeczami, ale zaraz po tym zaczęłam się zastanawiać czego o mnie faktycznie nie wiecie? A może, czy w ogóle jest coś, czego o mnie nie wiecie?
  1. Jestem szatynką, choć praktycznie przez całe moje dotychczasowe życie byłam przekonana iż jestem brunetką! Jakież było moje zaskoczenie, kiedy dowiedziałam się jak bardzo się mylę! No cóż. Mogłabym się nawet zastanawiać, czy mój naturalny kolor nie można by było nawet podciągnąć pod ciemny blond… Ale chyba mojej głowie daleko od naturalności. Przynajmniej na razie. Oj lubiła Niebieskooka eksperymentować z kolorami, oj tak. I długo nie widziałam swojego naturalnego koloru, a jak udało mi się uzyskać na mej głowie odrobinę naturalności, jakiś czort mnie podkusił by kupić farbę. I może nie byłoby tak źle, gdyby nie ten kolor, który wyszedł ciemniejszy niż się spodziewałam! Aktualnie powoli odzyskuję mój naturalny kolorek i poważnie się zastanowię zanim ponownie sięgnę po farbę!
  2. Mam sezonowe piegi! Tak, tak, sezonowe. Od wczesnej wiosny do jesieni, na mojej buzi dominują w artystycznym nieładzie najrozmaitsze kropeczki koloru brązowego :) i pomyśleć, że kiedyś tak bardzo ich nienawidziłam! I mój dziadek mi powtarzał, tak jak mojej cioci, że ja bez piegów jestem jak niebo bez gwiazd. I uśmiechałam się wtedy trochę ironicznie przeklinając w myślach owy wybryk natury. Dopiero po kilku ładnych latach, a właściwie to całkiem niedawno, zrozumiałam i doceniłam to porównanie. Bo ja kocham te moje brązowe kropki co do jednej! I jak to się mogło stać? Kiedy któregoś dnia wzięłam gazetę do rąk i przeczytałam, że dziewczyny malują sobie piegi specjalną kredką, doceniłam matkę naturę, która mi je dała. Co prawda, tylko sezonowo, ale zawsze. I już nie zakrywam ich pod warstwą mniej lub bardziej koloryzujących specyfików.
  3. Zanim trafiłam na filologię angielską, miałam kilka innych pomysłów na siebie. A może warto zacząć, że miałam okres kiedy planów na swoją przyszłość nie miałam wcale. A właściwie moja głupota mną zawładnęła i zbuntowana dziewucha nie chciała słyszeć o żadnych studiach. Całe szczęście, że mi to minęło tak szybko jak się przypałętało! Więc maturę pisałam z polskiego, angielskiego i z biologii. Przez moment zastanawiałam się również (dodatkowo) nad chemią, ale było to chwilowe. Kiedy przyszło do wyboru kierunku studiów i składania papierów, ‘zafascynowana’ biologią złożyłam dwa podania na akademię rolniczą, na biologię i ochronę środowiska. Szczęście moje, że się nie dostałam, bo gotowa byłam tam pójść i cierpiałabym okropnie! A że możliwość miałam złożenia dokumentów na trzy kierunki, ostatnie zaniosłam na UAM, kierunek: pedagogika wczesnoszkolna z elementami języka angielskiego. Wtedy płakałam, że nie spodobał im się mój rysunek na egzaminach wstępnych, dziś wiem, że dobrze się stało. Kiedy wyczerpałam swoje możliwości, a rodzice naciskali coraz bardziej, stanęło na szkole prywatnej. Bo języki obce są bardzo przyszłościowe, a że zawsze lubiłam się ich uczyć, stanęło na Wyższej Szkole Języków Obcych. Po pierwszym roku moje zafascynowanie przeminęło, a moja uczelnia skutecznie pozbawiła mnie jakichkolwiek dalszych chęci. Nie długo musiałam czekać na pierwsze rozczarowanie a teraz nawet śmiało mogę powiedzieć, że wybór, nie tyle co tego kierunku, ale co tej uczelni był, a właściwie nadal jest moim życiowym błędem. Wiem, że jeśli miałabym jeszcze raz decydować, maturę pisałabym z historii a na studia poszłabym na dziennikarstwo lub coś pokrewnego. Bo przecież od zawsze chciałam pisać, od zawsze moją pasją było pisanie. I myślę, że to właśnie w tym odnalazłabym się naprawdę. Praca w redakcji gazety, dobrej gazety, to szczyt moich marzeń.
  4. Tato od dziecka mi powtarzał, że w ‘gorącej wodzie kąpana jestem’. I może wtedy niekoniecznie znałam sens tego stwierdzenia, tak teraz znam go doskonale. I coś w tym jest. Niecierpliwy nerwus, w dodatku ze słomianym zapałem! Moje trzy najgorsze (dla mnie) wady, z którymi (a w szczególności z nerwusem) staram się skutecznie (lub mniej) walczyć. No cóż, nikt idealny nie jest. Zawsze chciałabym mieć wszystko ‘już’, co nie znaczy, że jestem typem rozkapryszonej dziewuchy, bo tak nie jest.  Potrafię czekać, choć cierpliwość jednak moją mocną stroną nie jest i potrafię czasem tupnąć porządnie nogą, ale walczę z tym! I tu wychodzi również mój słomiany zapał… Przerywam jedno, zaczynam drugie, a to zazwyczaj kończy się ‘bałaganem’. Generalnie mam dominującą osobowość i pod tym względem dobraliśmy się z Niebieskookim idealnie, bo jemu wygodniej jest być tą mniej dominującą stroną. I czasami tylko brakuje mi, żeby to On był silniejszy ode mnie, ale to też potrafi, więc wymiana rolami funkcjonuje u Nas bardzo dobrze.
  5. Uwielbiam wszystko, co zalicza się do działu ‘hand made’ (czyt. zrobione ręcznie).  Zdolności plastyczne zdecydowanie odziedziczyłam po mamie. Żałuję tylko, że nigdy nie robiłam nic więcej w tym kierunku. Ostatnio powróciła do mnie chęć robienia czegoś twórczego, więc kto wie czy po wypłacie nie odwiedzę paru miejsc i nie zaopatrzę się w szereg najróżniejszych materiałów i może powrócę dorobienia kartek lub czegoś na własny użytek? Ostatnio zaopatrzyłam się w najzwyklejsze duże drewniane serducho, które można powiesić na sznurku, przykleiłam do niego najzwyklejszą drewnianą klamerkę (taką do prania) i przypięłam plik białych pustych karteczek i całe serducho powiesiłam sobie na regale, pod ręką, na wypadek potrzeby zapisania czegoś ważnego. Efekt końcowy zadowalający w stu procentach. W wolnej chwili, może uda mi się sfotografować moje ‘dzieło’.
  6. Wiadomo, że dojrzewanie u wszystkich przebiega w różnym czasie i ma na to wpływ wiele czynników. W wieku 17 lat byłam gotowa na założenie rodziny, posiadanie dziecka. Wcześnie, a nawet wydawałoby się, że za wcześnie. Byłam wtedy w związku z P. i miałam ogromne plany. Chciałam się usamodzielnić, wyjść za mąż, urodzić dziecko. I nawet przez chwilę wydawało mi się, że mogłam to mieć. Przez chwilę było to tak bardzo realne. Tak, prze chwilę myślałam, że jestem w ciąży. Na szczęście, teraz na szczęście, nie byłam. Po rozstaniu cieszyłam się, że nie zaszłam w ciążę, że nie mam dziecka z nieodpowiedni mężczyzną, ba!, że nie wyszłam za nieodpowiedniego mężczyznę. A jak jest teraz? Teraz wiem, że jestem z odpowiednim mężczyzną i wiem, że dopiero teraz byłabym w stanie, w pełni odpowiedzialnie, założyć rodzinę i urodzić dziecko. Ale też wiem, że nie jest jeszcze na to dobry moment póki studiuję. Wiem, że zegar biologiczny tyka, wiem, że mam prawie 23 lata i wiem, że chcę urodzić przed 30 i wiem, że ma jeszcze kilka lat. Długich lat.
  7. Największy problem sprawia mi ta siódma rzecz, bo mam wrażenie, że już wszystko o mnie wiecie… więc może umówmy się, że zostawię ją Wam – jeśli chcecie coś o mnie wiedzieć, piszcie. Chyba tak będzie prościej, łatwiej.

niedziela, 7 sierpnia 2011

Po kilku upalnych dniach...


Po kilku upalnych dniach znów za oknem pada deszcz. Może to dziwne, ale dziś akurat mi to nie przeszkadza ani trochę. Idealna pogoda by położyć się obok Niego na kanapie i oglądać filmy. I oderwałam się na chwilę by tutaj zajrzeć.
W końcu zmobilizowałam się, by coś tu zmienić i efekt końcowy nawet mi się podoba. Jeszcze mam w głowie kilka rzeczy, które chciałabym tu zmienić, ale dziś zdecydowanie bardziej wolę znaleźć się przy Nim.
Co u mnie? Hmmm... W pracy jestem już ze wszystkim na bierząco, nie mam żadnych zaległości, więc o tyle mam lepiej. Jedynym problem okazał się dojazd do biura... bo jednak to ok. 20 km i tak jak zawsze zabierałam się z B. lub K., tak teraz B. jest na urlopie, a K. ma od rana spotkania z klientami, więc jutro pozostaje mi poznańskie mpk, co jednak nie napawa mnie optymizmem z powodu czasu trwania dojazdów, ale coż, muszę być odpowiedzialna.
Z niecierpliwością czekam na moje prawo jazdy, które jest na etapie: 'przyjęto wniosek - trwa postępowanie administracyjne', więc pozostaje mi czekać. Ostatnio rozglądałam się na allegro za autkami, ale póki co nie stać mnie na kupno nawet małego autka z powodu braku jakichkolwiek 'większych' oszczędności.
Przez ostatnie dni zastanawiam się, myślę, i stwierdziłam, że muszę 'coś' ze sobą zrobić. Chciałam wymyśleć coś twórczego, ale... boję się, że z moim słomianym zapałem nic z tego nie będzie. Od kilku miesięcy zapisuję się już na siłownię i póki co, nic. Istnieje szansa, że będę chodzić od października razem z moim bratem na siłownię, może wtedy będę miała więcej mobilizacji. Poza tym, chciałabym zająć się czymś bardziej twórczym... może powrócę do robienia kartek? Może scrapbooking lub decoupage? Sama nie wiem. Czasem patrzę na moją mamę i podziwiam ją - ma tyle zainteresowań, a ja pod tym względem czuję pustkę. Kiedyś myślałam, że moją pasją są języki obce, ale potem moja uczelnia skutecznie zniechęciła mnie do robienia czegokolwiek ponad uczelniany program. To smutne, wiem.
W sobotę idziemy z M. na rodzinną uroczystość, moi dziadkowie mają imprezę z okazji 50-tej rocznicy ślubu. Pokaźna liczba. Pozazdrościć takiego stażu. Więc będzie baardzo rodzinnie i czeka mnie jeszcze obróbka zdjęć i stworzenie małego pokazu dla dziadków. Impreza będzie z wielką pompą, dzieci się postarały, ale należy się im takie świętowanie. No i z tej okazji wyposażyłam M. w nowe buty do garnituru i krawat, który bardziej pasuje do mojej sukienki, niż ten, który miał do tej pory.
I zastanawiam się nad 7 rzeczami, których jeszcze o mnie nie wiecie... ale czy wogóle jest coś, czego o mnie nie wiecie?
Pomyślę o tym, a teraz jedyne o czym myślę to znaleźć się jak najbliżej Niego.

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Małe - wielkie miłości.


Zainspirowana przez Magnolię postanowiłam napisać o moich 'małych - wielkich miłościach".
Jako nastolatka nie miałam wielu znajomych. I o ile wogóle ich miałam, byli to ci, którzy byli kiedy mnie potrzebowali. Jakoś nie cieszyłam się popularnością wśród rówieśników, co niestety dawało mi się we znaki ogromnie. Może dlatego, że oboje moich rodziców pracowało w szkole, nie byłam kojarzona jako osoba, z którą warto by było się zadawać. Więc w podstawówce generalnie jeśli już miałam znajomych, były to znajomości bardzo powierzchowne, a co dopiero tu mówić o zainteresowaniu płci męskiej moją osobom. Owszem, pamiętam jednego chłopaka z czasów wczesnoszkolnych, ale z tego co pamiętam nie trwało to dłużej niż kilka dni i był to raczej nic nieznaczący 'epizod'. Nic więcej. Potem poszłam do gimanzjum, do innej szkoły. I dopiero tam przestałam być częściowo kojarzona jako córka 'ciała pedagogicznego'. Więc w gimnazjum było trzech chłopaków, którzy na dłużej pozostali obiektem moich zaintereowań. Czy to czysty przypadek, że ich imiona zaczynały się na literkę P.? Właśnie zdałam sobie z tego sprawę. Pierwszy był Patryk, w kalsie wyżej. Pierwsze moje zakochanie, tęskniące spojrzenia w jego kierunku podczas szkolnych przerw. Zawsze trzymał się ze swoimi klegami w niezmiennym składzie. Było kilka spotkań naszych oczu, najpierw przypadkowe, potem zamierzone. Telefony, kilka zamienionych słów, bardziej moich niż jego. Kilka mniej lub bardziej przypadkowych 'spotkań' na mieście, kiedy widziałam go razem z kolegami. Nic więcej. Nawet nie rozmawialiśmy w cztery oczy. Po jakimś roku rozeszło się po kościach. Drugi był Paweł. Znaliśmy się jeszcze z podstawówki, chodziliśmy do jednej klasy. Ale tak naprawdę zauważyłam go dopiero w drugiej klasie gimnazjum. Chodziliśmy do równoległych klas, ja do A, on do B. Jeździliśmy do szkoły tym samym autobusem. Dzięki mojej koleżance, on dowiedział się, że mi się podoba. Od samego początku dał mi jednak do zrozumienia, że nie szuka dziewczyny. Było kilka zdań zamienionych w szkole. Pamiętam, że wpisał mi się do pamiętnika. Po jakimś czasie dowiedziałam się, że podoba mu się dziewczyna z pierwszej klas. Wtedy to był dla mnie cios. Byłam obrażona na cały świat i na niego, bo ponoć nie chciał mieć dziewczyny. Ale minęło kilka tygodni i samo przeszło. Pamiętam jak bardzo cierpiałam, ze wszystkie moje koleżanki z kimś chodzą, a ja jedna nie. Potem poszłam do trzeciej klasy. Pojechaliśmy na klasową wycieczkę i tam zaczęła się historia z Piotrem. Chodziliśmy do tej samej klasy, a tak naprawdę oboje nie zwracaliśmy na siebie uwagi, co więcej nie przepadaliśmy za sobą. Któregoś wieczoru, kiedy razem z dziewczynami poszłyśmy do pokoju chłopaków i spędziliśmy wieczór grając w karty, popijając colę i jedząc paluszki, spojrzałam na niego i poczułam dziwne ukłucie w brzuchu. Na tej wycieczce całą klasą zbliżyliśmy się do siebie, mieliśmy okazję się poznać poza szkolnymi murami. I może właśnie w ten sposób zaczęłam widzieć w P. kogoś więcej niż kolegę z klasy. Nie przespałam wtedy pół nocy, przegadałam z koleżanką, nawet napisałam mu list, o tym, co poczułam. Następnego dnia koleżanka zaniosła mu list. Był to dzien wyjazdu do domu z tego, co dobrze pamiętam. Kiedy poszłyśmy z dziewczynami do ich pokoju, on tez tam był, podszedł do mnie i zapytał czy sama pisałam ten list. Wszyscy patrzyli na nas. Odpowiedziałam mu, że tak, a on mnie przeprosił. Za co? Zawsze lubiłam pisać szkolne wypracowania i co więcej, całkiem nieźle mi to szło. Z wypracowań dostawałam zawsze same piatki i szóstki, a cała klasa uważała, że na to nie zasłużyłam. Więc P. po przeczytaniu mojego listu tak wmurowało, że przeprosił mnie, że się ze mnie nabijali. Poczułam w sercu taką ogromną radość, poczułam się doceniona. Wracaliśmy do domu autobusem, ja zkoleżanką siedziałyśmy razem i po drugiej stronie siedział P. ze swoim kolegą. Byłam uszczęśliwiona jego widokiem. Ukradkowe spojrzenia i nieśmiałe uśmiechy. P. wziął mój telefon i wpisał mi swój numer telefonu. Miał się odezwać następnego dnia. Odezwał się. Pisaliśmy smsy, o wszystkim i o niczym. Pisałam do niego listy, którymi on był oczarowany. Nie oczekiwałam, że mi odpisze, wystarczyło mi, że czytał je wszystkie. Wielkimi krokami zbliżał się koniec roku. Nasz kontakt był glównie smsowy. Nadeszły wakacje i nasz kontakt stopniowo zaczął się urywać. Po jakimś czasie dowiedziałam się, że niby ma dziewczynę. Kolejny cios prosto w serce. Pamietam, że dopiero po dwóch latach przeszło mi całkowicie. W tym czasie widziałam go od czasu do czasu, a nasz kontakt ograniczył się do zwykłego "cześć". Z perspektywy czasu wiem, że głównie nie wyszło nic z tego z mojego powodu. Teraz wiem, że zbyt wiele chciałam, za bardzo chciałam i to go przestraszyło(?). Wiem też, że gdyby nam obojgu nie brakowalo odwagi, na pewno potoczyłoby się wszystko inaczej. Zawsze miałam do siebie żal, że nic nie zrobiłam. Że nie chwyciłam go za rękę kiedy miałam okazję. Ale czasu cofnąć nie potrafiłam. Potem w liceum poznałam kolejnego Piotra. Zawrócił mi w głowie. Mój pierwszy chłopak i pierwszy poważny związek, który trwał aż cztery lata. Były plany o ślubie, dziecku, wspólnym mieszkaniu. Teraz wiem, że o cztery lata za dużo. Był to związek czysto toksyczny, który niszczył mnie. On mnie niszczył. I żałuję, że tak późno przejrzałam na oczy, że tak późno ocknęłam się i zrozumiałam, że to nie jest miłość. I kiedy coraz bardziej to do mnie docierało, pojawił się Robert, nasz wspólny kolega. Jeździliśmy tym samym autobusem, ja na zajęcia, on do pracy. I podczas tych kilkudziesięciu minut spędzanych razem, coś się zaczęło wykluwać. Najpierw były rozmowy. Wydawało mi się, że nikt nie potrafi mnie tak słuchać i zrozumieć jak on. Mogłam mu powiedzieć o wszystkim. Zaczęło się niewinnie. Potem był dotyk rąk, kilka słów. Wiedziałam, że nie może dać mi więcej niż spotkania, o których nikt nic nie wiedział, bo przecież, P. jest jego kolegą i to nie wypada. Rozumiem, chciał być lojalny. Ale ja nawet nie wiem kiedy zadużyłam się w nim po uszy. Więc spotykaliśmy się, na jego zasadach, ale wystarczało mi to. Czułam jego obecność, jego dotyk, pocałunki. Niczego wtedy nie było mi trzeba. To on uzmysłowił mi, że istnieje inne zycie, nie związane z P. I za to jestem mu wdzięczna, to dzięki niemu zakończyłam związek z P. Pewnej nocy przyjechał do mnie, żeby mnie pocieszyć. Kochaliśmy się w trawie. Nic nie miało wtedy znaczenia. Trwało to kilka minut, najdłuższych minut. Potem, z biegiem czasu mi zaczęło zależeć, ale on dawał jasno mi do zrozumienia, że chce tylko jednego. Nasz kontakt pozostał czysto koleżeński, on zmienił pracę, przestalismy się widywać. Mimo to, nigdy niczego nie żałowałam, ani jednej chwili z nim spędzonej. No i potem w moim życiu pojawił się M. - mój Najkochańszy. Z M. pozanliśmy się kiedy ja byłam w liceum. Jeździliśmy tym samym autobusem. Już nie raz opisywałam na blogu tą historię, dlatego nie chcę się rozpisywać. To dzięki M., a właściwie przez M. poznałam P. Pamiętam czas, kiedy zaczynałam spotykać się z P., jeszcze wtedy pisaliśmy do siebie z M. smsy. I któregoś wieczoru zapytałam Go, czy między Nami mogłoby coś być. I wtedy dowiedziałam się że M. ma dziewczynę. Cały czar między Nami prysł. Chemia przestała być wyczuwalna, i P. zajął miejsce w moim sercu. Dopiero po czterech latach spotkaliśmy się ponownie, wiedzieliśmy, że nie przepuścimy drugiej szansy. Po czterech latach powiedziałam Mu, jak bardzo mi wtedy na Nim zależało i usłyszałam, że On oddałby życie za mój uśmiech. Długo oboje mieliśmy żal, że tak długo czekaliśmy na siebie, że tak wiele dni zmarnowaliśmy. Teraz wiemy, że chcemy być razem, na dobre i na złe. Kochamy się, mimo wszystko, a to jest najważniejsze.