niedziela, 31 lipca 2011

Nie było mnie tu kilka długich dni...

Nie było mnie tu kilka długich dni. Czy coś się u mnie zmieniło? Nie sądzę. 
We wtorek, tak jak planowałam, pojechałam od rana zrobić sobie moje badania. Na wyniki muszę poczekać do połowy przyszłego tygodnia, ale za to miałam na dłoni rasowego siniaka, który już praktycznie mi zszedł. Udało mi się też zobaczyć z małym Jaśkiem, który o dziwo, nie był zainteresowany moją osobą. Wręcz przeciwnie, dopiero pod koniec mojego pobytu u niego przekonał się, że ja i moje niebieskie paznokcie, które tak bacznie obserwował, nie stanowią dla niego zagrożenia. Więc pod koniec to już nawet wypowiadał moje imię. Mały jest taki kochany, urwis - jak to małe dzieci, ale słodki. Coraz więcej mówi, wiadomo, że pojedyncze wyrazy, ale potrafi wszystko powtórzyć, nawet nuci melodię, ma malec wyczucie rytmu. A najlepsza jest scena z lustrem, na którego widok Jaś uśmiecha się od ucha do ucha i pokazuje język i patrzy skubany czy ja też wyciągam. 
Od środy do piątku byłam już w biurze. Udało mi się w końcu rozpakować całe archiwum, więc najgorsze już za mną. Teraz czekają mnie dwa tygodnie w biurze bez B., która ma urlop, więc wszystko na mojej głowie, łącznie ze służbowym telefonem. Mam nadzieję, że chłopacy dadzą mi żyć choć trochę.
A weekend? Ten, pomimo fatalnej pogody, okazał się całkiem sympatyczny i wesoły! W sobotę pojechaliśmy do rodziców. Moi rodzice mają w poniedziałek rocznicę ślubu, a z racji tego, że pewnie jutro do domu nie pojadę, już w sobotę wręczyliśmy im (jak się okazało zupełnie przypadkiem!) ich ulubione wino. Potem odwiedziliśmy rodziców M., no i spotkaliśmy się z N., która przyjechała w końcu na wakacje. I tak od słowa do słowa uzgodniliśmy, że zabieramy N. do Nas i odwieziemy ją następnego dnia. Więc poszła butelka (okropnego!) wina, kilka butelek piw i niezdrowego jedzenia. Koło północy ubraliśmy się ciepło i ruszyliśmy pod hotel, po naszego kolegę, który kończył pracę. Spędziliśmy kilka godzin w plenerze śmiejąc się i gadając. Czasami myślę, że takich właśnie chwil mi brakuje, kiedy mogę pośmiać się i zapomnieć o reszcie mniej lub bardziej ważnych spraw, które o drugiej lub trzeciej w nocy, nie mają najmniejszego znaczenia. 
I niech już przestanie padać, no!

poniedziałek, 25 lipca 2011

Więc chodź, pomaluj mój świat na żółto...

Weekend, choć deszczowy, nawet całkiem Nam się udał.
Dwie godziny jazd po mieście w deszczu, nawet całkiem nieźle mi wyszły. I oczywiście nie obyło się bez opr'a od mojej instruktorki, że znów do niej przychodzę, bo przecież jeździć umiem! 
Po powrocie z jazd naszło mnie na... malowanie. Tak tak, już od samego początku nie przypadł mi do gustu biały kolor ścian w Naszym pokoju, i nie raz rozmawialiśmy z M. o przemalowaniu go, ale jakoś zawsze kończyło się na rozmowach. No więc spontaniczna decyzja była tu konieczna. Wykorzystałam to, że M. miał jeszcze urlop i pojechaliśmy do sklepu po farbę i sprzęt. Wybór koloru okazał się nie lada wyzwaniem, M. chciał zielony, ale ostatecznie biorąc pod uwagę kolor dywanu i mebli stanęło na żółtym :) a właściwie kolor nazywał się złocisty szafran. Po powrocie ze sklepu uznaliśmy, że nie ma co malować wszystkich ścian, tym bardziej, że było już ciemnawo, więc pomalowaliśmy dwie i kolejne dwie zostawiliśmy sobie na niedzielę.
W sobotę pojechaliśmy z M. do domku, odwiedzić rodziców, bo przecież nie widzieli Nas calutki tydzień! No i się załapaliśmy na koncert Feel'a, a właściwie na jego drugą część i na pokaz pirotechniczny, który był całkiem imponujący. Więc byliśmy w domku koło północy. A niedzielę spędziliśmy na kończeniu malowania. Efekt imponujący! Na ścianach mamy taki kolorek:   Od razu inaczej. Wchodzi się do pokoju i 'czuć' radość i szczęście :) jest tak przyjemnie! A całość na ostatni guzik zapinają moje zasłonki, też żółte! Co prawda do pomalowania zostały Nam jeszcze drzwi i kaloryfery, ale zostawiliśmy to sobie na przyszły weekend. No i nic dziwnego, że nie mogłam wytrzymać w poprzednim kolorze, biel może jest i ładna, ale w tym przypadku całość wyglądała odpychająco. Także zmiana jak najbardziej na plus! :)

No i jeszcze wypadałoby się pochwalić... :) Jak to mówią 'do trzech razy sztuka' i jak widać w moim przypadku się sprawdziło w 100 %, bo... zostałam dziś legalnym kierowcą! :D Tak tak, zdałam w końcu egzamin i czekam teraz na wydanie kawałku plastiku uprawniającego mnie do jazdy autem. Radość ma przeogromna! 
No i jadę dziś do domku, do rodziców :) korzystając z tego, że jeszcze nie byłam dziś w pracy postanowiłam przedłużyć sobie wolne o jeden dzień i wybieram się jutro na kontrolne badania do przychodni. Jestem ciekawa jak tam się ma poziom mojej insuliny... No i korzystając z tego, że będę w mieście, w końcu wybiorę się do cioci i Jaśka, który ostatnio w kółko powtarza 'nie nie' swoim słodkim głosem, niezależnie od tego o co się go zapyta, odpowiedź jest jedna: 'nie nie' :) 

piątek, 22 lipca 2011

Niebieskooka nad Bałtykiem.

Pojechaliśmy i wróciliśmy. Wczoraj. I jak było? Było tak, jak każde wakacje wyglądać powinny. Wypoczęliśmy przy sobie. W końcu. Mamy kilka zdjęć i garść pięknych wspomnień. I to najważniejsze. Był czas na wylegiwanie się na plaży w słońcu, na chodzenie boso po piasku i brzegiem morza, na wieczory spędzone na beztroskim rozwiązywaniu sudoku, czytaniu gazet i patrzeniu sobie w oczy. No i na granie w piłkarzyki też. Na chodzenie po straganach i kupowanie rzeczy, których normalnie bym nie kupiła. I co najważniejsze, udało Nam się zapomnieć (choć na chwilę) o 'szarej' rzeczywistości. Złapaliśmy trochę słońca i trochę deszczu też. I czekamy na przyszły rok i kolejne wakacje pod namiotem, bo te zdecydowanie bardziej wolimy. 
A przed Nami jeszcze trzy dni wolnego. Już prawie rozpakowani, choć część moich rzeczy pewnie jeszcze pobłądzi po pokoju w poszukiwaniu swojego docelowego miejsca, ale cóż, taka właśnie jestem - wszystko musi nabrać swojej 'mocy urzędowej', czyli poleżeć trochę tu, trochę tam.
I gdyby tylko jeszcze chciało przestać padać... Czeka mnie dziś, a właściwie czekają, dwie godziny jazd, w deszczu.  I poza tym jednym, planów na najbliższe trzy dni brak. I jakoś dobrze mi z tym. 

Namiastka tego, co widziały Nasze oczy :)






czwartek, 14 lipca 2011

Wyjazdowo. Wakacyjnie.


Miałam się pojawić przed Naszym wyjazdem, więc jestem. Pogoda, a raczej prognoza pogody na weekend i przyszły tydzień, nie napawa mnie optymizmem. Niestety. Ale cóż, zobaczymy jak będzie kiedy już będziemy na miejscu. Staram się, mimo wszystko, myśleć pozytywnie!

Nie tak dawno jak dwa dni temu, miałam kolejne 'spięcie' z Naszą 'cudowną' współlokatorką, a raczej była to jej kolejna próba czepiania się o wszystko i rządzenia. Wychodząc do pracy zostawiłam u Nas w pokoju uchylone okno, sprawdziłam pogodę, miało być ładnie, więc niech się wietrzy, zwłaszcza, że potem robi się straszny zaduch w pokoju. Nie minęły nawet dwie godziny kiedy dostałam od K. sms'a o treści głęboko pretensjonalnej, że poraz kolejny musi zamykać u nas okno, bla bla bla. Po pierwsze, nie rozumiem z jakiej racji się rządzi i to w 'Naszym' pokoju! Wogóle, kto jej pozwolił tam wejść pod Naszą nieobecność! Mało tego, dziewczyna coraz bardziej przegina, próbuje rządzić, awanturuje sie i mnie obraża i poniża. Nie mam już na nią ani siły ani słów. Kiedy ja jej odpowiadam spokojnie, ta prawie na mnie krzyczy nie pozwalając dojść do słowa. Brak słów.

We wtorek wybrałam się na ostatnie zakupy przed wyjazdem i na poszukiwania stroju kąpielowego (chociaż poważnie zastanawiam się nad jego rzeczywistą przydatnością biorąc pod uwagę pogodę...). Po dwóch godzinach udało mi się dostać to, co w pełni mnie usatysfakcjonowało. Chociaż nie do końca. Szukałam stroju dwu-częściowego. Z racji mojego 'dużego' biustu, sporo się naszukałam by znaleźć coś odpowiedniego, ale znalazłam! Niestety góra stroju nie była w kąplecie z dołem, więc musiałam kupić osobno dół. Przglądam rozmiary majtek, a tu dupa przez duże 'D', bo zostały same majtki w rozmiarze 38 i brak 40. Więc pozostało mi kupić szorty, z czego nie jestem zbytnio zadowolona, bo po ich założeniu, nie mam wogóle figury  :/ no ale lepszy rydz niż nic. Ponieważ mój strój jest czarno-różowy, myślę nad dokupieniem zwykłych czarnych majtek (oczywiście 'kąpielówek'). Ostatecznie powinny pasować. Chociaż i tak zastanawiam się, czy faktycznie strój będzie mi potrzebny? Coś czuję, że pesymizm bierze jednak górę, ale staram się myśleć, że liczy się tylko to, że spędzimy kilka dni we dwoje, z dala od codzienności. Pozostaje spakować się, co odkładam na jutro, bo jeszcze dziś muszę zrobić jedno pranie i w sobotę z rańca ruszamy w drogę.
Oczywiście napiszę jak było. Mam nadzieję, że mimo wszystko wyjazd będzie udany.
See you soon!

niedziela, 10 lipca 2011

Słonecznie.

W końcu słoneczny weekend! Już miałam dosyć deszczu, i nawet mogę przymrużyć oko i nie pamiętać dzisiejszego porannego deszczu, bo cała reszta była przepięknie słoneczna! Aż się żyć chce! I nawet fakt, że wczoraj (akurat w te upały!) zaczęły się moje 'kobiece dni' nie ma znaczenia, bo w końcu było słońce! 
W piątek M. odebrał mnie z pracy i wracając wstąpiliśmy na małe cotygodniowe zakupy i przy okazji kupiliśmy kilka potrzebniejszych rzeczy na Nasz wyjazd. 
W sobotę od rana pojechaliśmy odwiedzić rodziców M. i przy okazji zawieźliśmy im Naszą Mendę (czyt. chomika), bo brat M. będzie się nim 'opiekował' pod Naszą nieobecność. No i skorzystaliśmy z pobytu w domu i wybraliśmy się do pobliskiego kina na film pt."Maraton tańca" - szczerze spodziewałam się czegoś więcej, ale trochę się pośmialiśmy. Potem pojechaliśmy do mnie po namiot, który zabieramy ze sobą. A że namiot trzeba było rozłożyć i przewietrzyć, to stwierdziliśmy, że nie chce Nam się wracać i prześpimy się w namiocie. I wiecie co? To była bardzo dobra decyzja! Spędziliśmy miły wieczór we dwoje i było naprawdę miło :) właśnie takich wspólnych momentów brakuje mi najbardziej. Kiedy oboje pracujemy, wracamy zmęczeni. Mam nadzieję, że odpoczniemy sobie nad morzem.
No i dziś z samego rana trochę popadało, ale szybko wyszło słońce. Mama M. zrobiła nam na śniadanko chleb z serkiem i dżemem i ciepłe kakao (uwielbiam to połączenie!). Potem małe zakupy i w końcu kupiłam sobie słuchawki z mikrofonem do komputera, żebym mogła rozmawiać z A. przez skype'a. 
Po południu, wróciliśmy do 'naszych' czterech ścian. I w końcu wzięliśmy się  za ogródek (a właściwie coś, co wyglądem przypominało zarośla) i muszę przyznać, ze nie zdawałam sobie sprawy ile z tym jest pracy, ale w swoim czasie wszystko będzie wyglądało tak, jak powinno :) 
No więc w najbliższą sobotę z samego rańca pakujemy manatki i jedziemy nad morze! Ale póki co, cały tydzień przed Nami i jutro trzeba wstać do pracy, więc pora mi się kłaść spać. Postaram się zajrzeć tu przed wyjazdem :) Branoc! 

czwartek, 7 lipca 2011

Szczerze nie lubię Onetu za...


Szczerze nie lubię Onetu za to, że w najmniej odpowiednim momencie, z bliżej nieokreślonych powodów kasuje mi się kilkunastominutowy ciąg literek. I odechciewa się choć wiem, że nigdzie nie będzie mi lepiej niż tu.

Dopisane.
Podejście numer dwa. Mimo wszystko.
Maliny i danio bananowe to bez wątpienia najlepsze i idealne połączenie (tak samo jak borówki z jogurtem waniliowym!). Ale też idealny początek pracowitego dnia - to tak na dzień dobry :)
Wczorajszy dzień wolny dał mi się we znaki. Wynudziłam się jak nigdy. I poniekąd na własne życzenie. Miałam jechać na wizytę kontrolną do lekarza, ale wyszło jak zawsze, czyli wizyta przełożona na przyszły tydzień. I z zaplanowanych rzeczy udało mi się zapisać na kolejny (niestety!) egzamin na prawo jazdy. Także po powrocie z nad morza (no tak, jedziemy nad morze, choć miejsce jest wciąż bliżej nieokreślone) trzecie i mam nadzieję, że moje ostatnie podejście.

Wczoraj też pewne babsko znów próbowało wyprowadzić mnie z równowagi. Mowa o Naszej fałszywej pannie K., która jak zawsze robi z igły widły i wymśla sobie i Nam nowe problemy. Niestety nie udało się babsztylowi wyprowadzić mnie z równowagi, ha! Choć szczerze mówiąc, momentami brak mi już na nią sił! Szczerze!

Czy ja już mówiłam, że jestem w pracy? No tak. Rano, kiedy jeszcze wszyscy dopiero zaczynali się zjerzdżać do biura, nikt by mi głowy nie urwał za potajemne siedzenie tutaj. Tak myślę. Teraz, teoretycznie (czysto teoretycznie) nie powinno mnie tu być. Bo przecież wszystkie te brudne pudła czekają na mnie, wręcz krzyczą do mnie rozpaczliwie. A ja, jak na złość, mam dziś białe spodnie.

niedziela, 3 lipca 2011

Rocznicowo i nie tylko.

I kolejny deszczowy weekend. Nie lubię tego. Miałam zabrać się za 'porządek' w ogródku, ale pogoda pokrzyżowała moje plany. I to na tyle w tym temacie.
W sobotę (w końcu!) odwiedzili Nas rodzice M., a myślałam, że się ich nie doczekamy, a tu taka miła niespodzianka. Chwilę u nas posiedzieli i ruszyliśmy do centrum handlowego wybrać laptopa dla brata M. Miał być laptop, wyszliśmy z komputerem. I dobrze. Osobiście im doradziłam komputer - laptop im niepotrzebny. No i potem czekało mnie zainstalowanie wszystkiego. Więc do domu wróciliśmy późnym wieczorem i padłam praktycznie od razu.
Oczywiście swoje trzy grosze dorzuciła Nasza współlokatorka, która przegina już na całej linii. Aż brak mi słów, ale jak tak dalej pójdzie to długo tu nie pomieszkamy.
Ale póki co, całą niedziele cieszymy się sobą i wykorzystujemy wolny czas. Właśnie w takich chwilach jak dziś, kiedy nachodzą mnie wątpliwości co do namiętności między Nami, On, tak jak nikt inny potrafi mnie zupełnie zaskoczyć. I jak ja śmiałam w to wątpić?! Kocham Go. A jutro Nasze święto :* I już pewnie nie będzie mnie tu jutro, dlatego napiszę dziś... życzę Nam jeszcze wielu wspaniałych lat razem i abyśmy zawsze potrafili zaskakiwać siebie tak, jak do tej pory :*:*:*
A co u mnie? U mnie dobrze. Nie mam na co narzekać, bo to co najważniejsze mam. Czuję się też dobrze. Uczucie pośpiechu i 'utraty chwili' przeminęło. Jeszcze tylko martwi mnie kwestia mojego lekarza i jego drastycznego planu wobec mnie, ale dziś nawet to nie jest w stanie popsuć mi nastroju. 

KOCHAM CIĘ 
Dwa słowa proste tak 
Wszystko, co chce Ci dać
W tych dwóch słowach masz 
Kocham Cie, słowa jak dobry czar 
Złączą nas w jeden świat 
Nasze serca dwa 
:*:*:*