Czuję się jakby 'coś' niszczyło wszystko to, z czego składa się ta bardziej optymistyczna część mnie. Widzę to, a mimo wszystko nie robię nic. Biernie się temu przyglądam i mimowolnie zatracam się.
Nie chodzę już do mojego lekarza. Nie biorę leków. Straciłam motywację. I czuję jak wracam do punktu wyjścia, na własne życzenie. Przeraża mnie to.
To już jakby nie patrzeć tydzień od Naszej przeprowadzki. Dokładnie tydzień temu wnosiłyśmy z Ma. te wszystkie ciężkie kartony, pudła, torby. Dokładnie tydzień temu spędziliśmy z M. pierwszą noc w Naszych nowych, czterech ścianach. Cały weekend zajęło mi rozpakowywanie naszych rzeczy. Po jednym dniu z przerażeniem odkryłam, że skończyło mi się miejsce, a przecież jeszcze tyle rzeczy zostało! Pojechaliśmy z M. do Ikei i kupiliśmy dwie nocne szafki, które uratowały całą sytuację. I Nasze cztery ściany, choć nieco mniejsze od poprzednich, mają się znacznie lepiej, a całość wygląda jak przytulna sypialnia. Jestem zadowolona z efektu końcowego, aczkolwiek jeszcze mi brakuje ramek na ścianach i korkowej tablicy, które już niebawem, mam nadzieję, się pojawią.
Jeszcze nie zdążyłam pochwalić się Wam moim nowym nabytkiem, a już przyszło mi się z nim, a właściwie z Nią, rozstać. W niedzielę wybraliśmy się z M. do zoologicznego. Po tym jak uciekł Nam Franio, postanowiliśmy z M. kupić sobie drugie stworzonko, kiedy się już przeprowadzimy. I kupiliśmy - samiczkę, miała 9 tygodni, miało szara, o wiele mniejsza od F., ale też o wiele młodsza. Była przecudna. Co do imienia, nie miałam dużych wątpliwości - Tusia, i już. Wsadziliśmy Nasz nowy nabytek do klatki. W porównaniu do F., o wiele szybciej 'zapoznała się' ze swoim nowym mieszkankiem. Wspinała się po klatce, biegała w karuzeli, nawet już pierwszego dnia piła z poidełka! Zaczęłam odliczać dni, do momentu kiedy mogłabym już spróbować ją pomału oswajać. Gdzieś koło wtorku, zauważyłam, że mała śpi prawie cały czas. Już wtedy powinna zapalić mi się żółta lampka, ale stwierdziłam, że przecież ma dopiero niecałe 10 tygodni, więc takie maleństwa pewnie potrzebują więcej snu. I dopiero wczoraj, kiedy Tusia wyszła z domku, zwróciłam na Nią uwagę. Była zdecydowanie osłabiona, kiedy próbowała wejść po drabince spadła z niej, przewróciła się i nie miała siły się podnieść. Wtedy z przerażeniem wzięłam ją na ręce - nie protestowała. Wyczuwałam, że dzieje się coś złego. Próbowałam dać jej pić, ale nie chciała. Odłożyłam ją do klatki. Nawet się nie ruszyła. Tylko widziałam jak ciężko i powoli oddycha. Kiedy M. wrócił z pracy, zabraliśmy Tusię do weterynarza. Ale było już za późno. Była za mała, za słaba, wyziębiona i prócz tego, że jeszcze oddychała, nie reagowała na żadne bodźce. Lekarz powiedział, że można spróbować antybiotykiem, ale jak na tak małe zwierzątko szanse są praktycznie zerowe. I zapytał, czy decydujemy się na uśpienie. Już ze łzami w oczach przytaknęłam i podpisałam oświadczenie. Ale kiedy lekarz zapytał, czy chcemy być przy zabiegu, rozpłakałam się niesamowicie. Wyszliśmy z gabinetu. Nie dane było mi się z nią pobawić, nawet nie zdążyłam się nią nacieszyć, a już od Nas odeszła. Wierzę, że moja decyzja była słuszna - najprawdopodobniej zaoszczędziłam Jej jeszcze większego cierpienia. Po Jej stracie, już chyba nie zdecyduję się na kolejne zwierzątko. Ten widok, kiedy leżała z przymkniętymi oczami w bezruchu był okropny, serce mi pękało.
Nie mam siły pisać dalej. Nie dziś. Czuję, że wszystko wymyka mi się spod kontroli i głupia, nie robię z tym nic. Jutrzejsze urodziny w ogóle mnie nie cieszą, jakby to był kolejny, zwykły dzień.
29.09.2011 [*] Tusia - 10 tygodni.