piątek, 30 września 2011

Stoję z boku i patrzę jak pod nogami zawala mi się grunt.

Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów nie mogłam nic napisać. Pustka, chociaż tak naprawdę wiele się działo.  Moja nieobecność była spowodowana m.in. przeprowadzką i brakiem dostępu do sieci, a potem brakiem czasu i pustką.
Czuję się jakby 'coś' niszczyło wszystko to, z czego składa się ta bardziej optymistyczna część mnie. Widzę to, a mimo wszystko nie robię nic. Biernie się temu przyglądam i mimowolnie zatracam się. 
Nie chodzę już do mojego lekarza. Nie biorę leków. Straciłam motywację. I czuję jak wracam do punktu wyjścia, na własne życzenie. Przeraża mnie to.
To już jakby nie patrzeć tydzień od Naszej przeprowadzki. Dokładnie tydzień temu wnosiłyśmy z Ma. te wszystkie ciężkie kartony, pudła, torby. Dokładnie tydzień temu spędziliśmy z M. pierwszą noc w Naszych nowych, czterech ścianach. Cały weekend zajęło mi rozpakowywanie naszych rzeczy. Po jednym dniu z przerażeniem odkryłam, że skończyło mi się miejsce, a przecież jeszcze tyle rzeczy zostało! Pojechaliśmy z M. do Ikei i kupiliśmy dwie nocne szafki, które uratowały całą sytuację. I Nasze cztery ściany, choć nieco mniejsze od poprzednich, mają się znacznie lepiej, a całość wygląda jak przytulna sypialnia. Jestem zadowolona z efektu końcowego, aczkolwiek jeszcze mi brakuje ramek na ścianach i korkowej tablicy, które już niebawem, mam nadzieję, się pojawią. 
Jeszcze nie zdążyłam pochwalić się Wam moim nowym nabytkiem, a już przyszło mi się z nim, a właściwie z Nią, rozstać. W niedzielę wybraliśmy się z M. do zoologicznego. Po tym jak uciekł Nam Franio, postanowiliśmy z M. kupić sobie drugie stworzonko, kiedy się już przeprowadzimy. I kupiliśmy - samiczkę, miała 9 tygodni, miało szara, o wiele mniejsza od F., ale też o wiele młodsza. Była przecudna. Co do imienia, nie miałam dużych wątpliwości - Tusia, i już. Wsadziliśmy Nasz nowy nabytek do klatki. W porównaniu do F., o wiele szybciej 'zapoznała się' ze swoim nowym mieszkankiem. Wspinała się po klatce, biegała w karuzeli, nawet już pierwszego dnia piła z poidełka! Zaczęłam odliczać dni, do momentu kiedy mogłabym już spróbować ją pomału oswajać. Gdzieś koło wtorku, zauważyłam, że mała śpi prawie cały czas. Już wtedy powinna zapalić mi się żółta lampka, ale stwierdziłam, że przecież ma dopiero niecałe 10 tygodni, więc takie maleństwa pewnie potrzebują więcej snu. I dopiero wczoraj, kiedy Tusia wyszła z domku, zwróciłam na Nią uwagę. Była zdecydowanie osłabiona, kiedy próbowała wejść po drabince spadła z niej, przewróciła się i nie miała siły się podnieść. Wtedy z przerażeniem wzięłam ją na ręce - nie protestowała. Wyczuwałam, że dzieje się coś złego. Próbowałam dać jej pić, ale nie chciała. Odłożyłam ją do klatki. Nawet się nie ruszyła. Tylko widziałam jak ciężko i powoli oddycha. Kiedy M. wrócił z pracy, zabraliśmy Tusię do weterynarza. Ale było już za późno. Była za mała, za słaba, wyziębiona i prócz tego, że jeszcze oddychała, nie reagowała na żadne bodźce. Lekarz powiedział, że można spróbować antybiotykiem, ale jak na tak małe zwierzątko szanse są praktycznie zerowe. I zapytał, czy decydujemy się na uśpienie. Już ze łzami w oczach przytaknęłam i podpisałam oświadczenie. Ale kiedy lekarz zapytał, czy chcemy być przy zabiegu, rozpłakałam się niesamowicie. Wyszliśmy z gabinetu. Nie dane było mi się z nią pobawić, nawet nie zdążyłam się nią nacieszyć, a już od Nas odeszła. Wierzę, że moja decyzja była słuszna - najprawdopodobniej zaoszczędziłam Jej jeszcze większego cierpienia. Po Jej stracie, już chyba nie zdecyduję się na kolejne zwierzątko. Ten widok, kiedy leżała z przymkniętymi oczami w bezruchu był okropny, serce mi pękało. 
Nie mam siły pisać dalej. Nie dziś. Czuję, że wszystko wymyka mi się spod kontroli i głupia, nie robię z tym nic. Jutrzejsze urodziny w ogóle mnie nie cieszą, jakby to był kolejny, zwykły dzień. 


29.09.2011 [*] Tusia - 10 tygodni.

czwartek, 22 września 2011

Zmiany nadchodzą wielkimi...

Zmiany nadchodzą wielkimi krokami! Dziś już przewiozłam sobie kilka pudełek do nowego mieszkania, ale w moim starym pokoju rzeczy nie ubyło mimo to. Więc czeka mnie akcja 'pakowanie'. A i to teraz stanęło pod ogromnym znakiem zapytania.... Dlaczego? Otóż, ledwo uporałam się z jednym zębem, wczoraj zaczął boleć mnie drugi. Przypadek? Złośliwość! Akurat teraz, kiedy chciałabym się w pełni zająć przeprowadzką, nie mogę. Pewnie jeszcze dziś zasiądę na dentystycznym fotelu, i już widzę co sobie pan A. pomyśli jak mnie znów zobaczy. Tak więc jeśli dziś wyrwie mi drugiego zęba, to nie wiem w jakiej będę formie... a jeszcze muszę pojechać autem po M. do pracy... i nie wiem czy będę w stanie.
Jeszcze jakby mi było mało dziś w nocy wstając z łóżka po pilot od tv potknęłam się i upadłam tak niefortunnie, że rozwaliłam sobie górną wargę od wewnątrz i od zewnątrz. Więc mam nadzieję, że limit na nieszczęśliwe wypadki już wyczerpałam.
Wczoraj w końcu wybrałam się z bratem na squash'a. Było super! Trochę mi zajęło rozgrzanie się i może jeszcze nie wszystko robię tak, jak się powinno, ale wkręciłam się i na pewno będę chodzić częściej. No ale żeby nie było zbyt kolorowo, zakwasy są. Głównie ramiona, szyja i plecy, ale mam nadzieję, że to tylko kwestia wprawy. 
No i doczekać się nie mogę Naszej przeprowadzki, może już jutro lub najdalej w sobotę będziemy spać w Naszych nowych czterech ścianach. 
A póki co, przygotowuję się psychicznie na wizytę u zębologa. Trzymajcie kciuki!

poniedziałek, 19 września 2011

Zapach nocy.

Wieczorne pisanie jednak wychodzi mi najlepiej. Odzwyczaiłam się od niego i wiem, jak wiele straciłam. Bo najlepsze 'dzieła' powstają właśnie nocą, kiedy za oknem już ciemno i nie słyszysz już prawie nic. Wyszłam na balkon i nie wiedzieć czemu zaciągnęłam się, głęboko, tą mieszanką deszczu, chłodu i mgły. Uwielbiam ten zapach. Tak długo na niego czekałam. I nawet papieros smakuje dziś inaczej. 
Posłusznie melduję, że szwy zdjęte. Nie bolało, mimo moich obaw. I żałuje, że się naczytałam tych wszystkich bzdur w Internecie. A rana boli już mniej, choć nadal przypomina mi o sobie. W piątek miałam chwile zwątpienia, pojechałam na kontrolę, ale lekarz mnie uspokoił - boleć musi, bo to był ciężki zabieg, a wszystko goi się tak, jak powinno. Więc może być już tylko lepiej.
W piątek wybrałam się Ma. na zakupy do Ikei. I choć jeszcze brakuje mi kilku rzeczy z mojej niekończącej się listy, zakupy jak najbardziej udane. A po powrocie naszła nas ochota na zapiekanki:) oczywiście własnej roboty.
Mieliśmy przeprowadzać się dopiero za tydzień, ale przeprowadzamy się już w ten weekend. Doczekać się nie mogę. Powoli zaczynam ogarniać, porządkować i redukować to, czego tak naprawdę nie potrzebuję. Bo jakby nie patrzeć zaczynamy z M. nowy rozdział i nie chcę wnosić w niego nic, co nie będzie mi potrzebne. No i powoli zaczynamy się pakować. I odliczać dni. 
A dziś, zrobiło się u mnie muzycznie, przesłuchałam wszystkie występy z 'must be the music' i 'the voice of poland' z nowej edycji i mało mi. Czuję niedosyt. 
M. już śpi, o czym przypomina mi od czasu do czasu Jego chrapanie. I chyba pójdę w Jego ślady, choć tak naprawdę kusi mnie by znów wyjść na balkon i upić się zapachem nocy. Dobranoc.

środa, 14 września 2011

Minęło pięć dni...

Minęło pięć dni i uzbierało się kilka spraw, o których chciałabym Wam napisać. Więc może od początku...Cały weekend, pomimo moich obaw, był dość ciepły, także było sympatycznie. Powiedzmy, że jak na dwa dni zdążyłam nacieszyć się M. tak, jak mogłam - pomimo bolącego zęba.
W poniedziałek doczekałam się w końcu wpisów i tym samym dowiedziałam się jaką dostałam ocenę. Kamień spadł mi z serca, kiedy w indeksie zobaczyłam piękną czwórkę. W końcu mogę spokojnie zapomnieć o mojej 'zmorze'. Po południu udało mi się spotkać z moją koleżanką z gimnazjum. Miał być spacer, a w rzeczywistości jeszcze posiedziałam trochę u Niej. K. mieszka w Poznaniu ze swoją córeczką i ma niezbyt wesołą sytuację. Jest mi jej tak żal, a kompletnie nie wiem jak jej pomóc. Czułam się taka bezradna. Dobrze, że A. jest na tyle mała, że nie rozumie co się dzieje. Nie chce się tu za wiele rozpisywać. Po prostu smutne jest to, że dobrzy ludzie mają w życiu pod górkę. Trzymam za nią kciuki i mam nadzieję, że jeszcze będzie szczęśliwa.
We wtorek udało mi się ponownie spotkać z Mamą Amelki. Już powoli czuję, że zaczynam uzależniać się od tych spotkań :) szkoda tylko, że był to jedyny miły akcent tego dnia, bo potem czułam już tylko ból. Po spotkaniu z N. pojechałam na umówioną wcześniej wizytę u dentysty w związku z moim bolącym zębem. W poniedziałek, w pełni przekonana, że boli mnie prawa, dolna szóstka, pojechałam do dentysty. Jak się okazało to nie szóstka a ósemka daje się we znaki. Zrobili mi prześwietlenie i wyszło szydło z wora. Nie dość, że ząb był tylko częściowo widoczny, to korzenie były masakrycznie długie. I jakby tego było mało, ząbek zamiast rosnąć pionowo do góry, to rósł sobie w poprzek. Bajecznie. Więc umówiłam się na wyrwanie tej mojej nieszczęsnej ósemki. No i pojechałam we wtorek. Dentysta-chirurg był na tyle sympatyczny, że tylko momentami się bałam i w dodatku wyglądał na bardzo kompetentnego. Obcokrajowiec, z miłym akcentem (chyba Włoch) i bardzo przystojny - szkoda tylko, że tak bolało. Generalnie przez cały zabieg nie czułam bólu. Bardziej bałam się odgłosów, jak mi coś wkręcali, ciągnęli, głowa chodziła mi na boki. Na samym początku dostałam znieczulenie. A potem się zaczęło. Dopiero pod koniec zaczęłam odczuwać ogólny ból - bolała mnie już szczęka i wszystko miałam obolałe. Przez cały zabieg byłam pewna, że nic mi nie rozcinali i do teraz nie wiem, kiedy to zrobił, bo dowiedziałam się dopiero, gdy usłyszałam 'pani Grażynko, będziemy szyć'. I tylko to szycie było już bardziej nieprzyjemne. Oczywiście dostałam szereg wskazówek, receptę z antybiotykiem i lekiem przeciwbólowym. I tak się pozbyłam chirurgicznie mojej ósemki. W efekcie opuchnięta buzia, niesamowity ból, cztery szwy i portfel lżejszy o kilka stówek, bo niestety musiałam iść prywatnie, czego nie żałuję ani trochę! Wiem, że byłam w rękach fachowca - dawał mi to odczuć przez całą godzinę, bo tyle to wszystko trwało. Przypadek skomplikowany, a pomyśleć, że wszystkie moje ósemki tak wyglądają. W najbliższym czasie czeka mnie pozbycie się szóstki, ale mam nadzieje, że to już pójdzie lepiej.
Póki co, jem deserki i obiadki dla dzieci, bo jedynie taka konsystencja jest do przyjęcia. Ból raz mniejszy raz większy, ale generalnie jakoś wytrzymuję, choć łatwo nie jest. No i cały prawy bok mnie boli, łącznie z przełykaniem czegokolwiek. No i za tydzień do zdjęcia szwów.

piątek, 9 września 2011

W kalendarzu skrupulatnie...

W kalendarzu skrupulatnie skreślam dni, jeszcze tylko trzy tygodnie. Już nie mogę się doczekać tych Naszych nowych czterech ścian. To będą długie trzy tygodnie.
Od kilku dni mam wrażenie, że za oknem mamy klasyczną jesień - szaro, buro i zimno.  Okropnie. I jeśli cały weekend ma być taki, to ja dziękuję bardzo.
M. ostatnio całe dnie pracuje, czekam na weekend i chwile, kiedy będę mogła z Nim pobyć. Kiedy wraca wieczorem z pracy, jest zmęczony, praktycznie od razu idzie spać. Mam nadzieję, że uda Nam się nacieszyć sobą przez te dwa dni.
We wtorek spędziłam pół dnia u Gabi i B., poszłyśmy na spacer po rezerwacie. Mała jest taka pocieszna, niedługo skończy rok, ani się obejrzeć jak będzie sama chodzić, a już wszędzie jej pełno a co dopiero jak zmieni sposób przemieszczania się z raczkowania na chodzenie, a raczej bieganie.
W środę w końcu udało mi się spotkać z Mamą Amelki, i to było bardzo miłe, babskie popołudnie i mam nadzieję, że nie ostatnie. Czasami brakuje mi takich właśnie dni jak ten.
Na najbliższe dni planów brak. W między czasie godzinka korepetycji na mieście. Poza tym dziś zabrałam się za przegląd moich ciuchów i takim sposobem mam całą dość sporą torbę do wywiezienia do rodziców.
I tak się złożyło, że w końcu dorobię się płaskiego monitora do kompa. Cieszę się ogromnie, bo ten klocek zaczął być już uciążliwy - jest ciężki i zabiera sporo miejsca. W sam raz na nowe mieszkanie. A wracając jeszcze do mieszkania, przez chwilę mieliśmy się przeprowadzać już jutro, ale po przemyśleniu wszystkiego dwa razy doszliśmy do wniosku, że jednak lepiej Nam poczekać do końca miesiąca, szczególnie, że właścicielka od kiedy dowiedziała się, że jednak się wyprowadzamy, wydaje się być złośliwa w stosunku do Nas. A jakby nie patrzeć, to ona zmienił front i naszą wyprowadzkę ma jakby trochę na własne życzenie. I pomyśleć, że tylko trzy tygodnie i będę mogła spokojnie odetchnąć.

niedziela, 4 września 2011

Przebłyski.

Ostatnie dni i te wszystkie mniej lub bardziej 'chore' sytuacje wypompowały ze mnie wszystkie pozytywne emocje, które na szczęście już powracają.
Było ciężko, nawet bardzo. Czułam się nijak, jakby cały świat walił mi się na głowę, jakby wszystko było przeciwko mnie. Na szczęście, myślę, że to wszystko już za mną, za Nami.
Egzamin z literatury angielskiej za mną. Czekam na wyniki do 12 września. Ale po raz pierwszy czułam się dobrze, po wyjściu z egzaminu, czułam, że poszło mi dobrze i mam nadzieję, że i taka będzie też ocena - adekwatna do tego, co napisałam i do mojego samopoczucia.
Więc teraz przede mną ostatni miesiąc wakacji i powoli zaczynam segregować rzeczy i szykować się do przeprowadzki. Coś nie dane Nam jest zagrzać nigdzie miejsca na dłużej, no cóż, nie wszystko jest zależne od Nas. Nie nasza wina, że trafiliśmy tak, jak trafiliśmy. Od piątku w mieszkaniu jesteśmy tylko My. Mieliśmy czas, ja miałam czas by wszystko przeanalizować. I wiecie co? Mimo, że z K. od kilku dni się 'poprawiło' (czyt. nie robi awantur) i w jakiś sposób atmosfera w domu się oczyściła, teraz jak jej nie ma, jest mimo wszystko o niebo lepiej! Dzięki jej nieobecności w końcu się przekonałam, że jednak ciężko będzie z nią mieszkać, ze względu na 'atmosferę', która mimo poprawy z jej strony nie była 'przyjazna'. I też nikt nie daje mi gwarancji, że pomiędzy pisaniem jednego a drugiego rozdziału pracy licencjackiej znów nie zrobi o coś wojny, a ostatnie czego będzie mi potrzeba to niepotrzebne nerwy i stres, a i tego będę miała dużo. Więc postanowione. Wyprowadzamy się. I udało Nam się znaleźć całkiem sympatyczne mieszkanie, a co najważniejsze, będziemy mieszkać z dziewczynami, które już znamy:) z Ma., z którą mieszkamy teraz, z P. i z A., z którą studiuję. Także miła atmosfera na pewno będzie i święty spokój przede wszystkim:) I cenowo też nie jest źle - biorąc pod uwagę, że będziemy mieli w końcu wszystko to, czego Nam tutaj brakuje. Więc odliczam dni do końca miesiąca z ogromną niecierpliwością. 
Chomik niestety nie wrócił. No cóż, cały czas utwierdzam się w przekonaniu, że na wolności jednak mimo wszystko mu lepiej. Nie chcę brać pod uwagę, żadnych innych wersji. Ta, jak najbardziej mi pasuje. Choć na samą myśl, że już go nie wezmę na ręce, jeszcze robi się smutno i łza w oku się kręci. I po przeprowadzce prawdopodobnie odwiedzę zoologiczny żeby się troszkę pocieszyć :) tym razem chcę samiczkę, długowłosą, i nazwę ją Tusia lub Nela.

czwartek, 1 września 2011

Trudności.

Czuję się jakby cały świat był przeciwko mnie. Stałam na balkonie z słuchawkami na uszach słuchając: http://www.youtube.com/watch?v=QFhe_f2w5L4&feature=related i wpatrując się w swoje odbicie w szybie... widziałam smutne, niebieskie oczyska, a zaraz potem łza spłynęła po policzku. Czasem czuję się taka bezradna, i właśnie dziś znów dopadł mnie ten stan. 
Jutro egzamin. Została mi powtórka. Zobaczymy. Ale jakoś dziś trudno mi o optymizm. Wiem, że jak usiądę, to zdążę wszystko powtórzyć i jeszcze jutro przed egzaminem. Mimo wszystko poproszę o kciuki od 9.45.
W sprawie mieszkania, nie chcę dziś o tym pisać, nie mam na to siły. Przepraszam - wybaczcie.
No i pogrążona jestem w smutku. Dziś w nocy, z własnej mojej głupoty, uciekł mi chomik. Jak co noc urządzał sobie nocne harce, przywykliśmy do tego z M., ale jak zaczyna obgryzać klatkę to jest kaplica, robi taki hałas, że nie można spać. W dodatku ostatnio uśrupał jedno zamykanie od klatki i skubany sobie wymyślił, że wchodził na domek łapał zębami klatkę, podnosił do góry i puszczał - hałas niesamowity. Już jakiś czas temu kupiliśmy mu z M. taką dużą kulę, w której sobie biegał po balkonie. No i dzisiaj w nocy nie dając mi spać, wsadziłam go w tą kulę i wystawiłam na balkon. Obudziłam się po godzinie, wyszłam na balkon, łapię za kulę a ta pusta. Wiele razy tak robiliśmy, żeby się wybiegał i potem był spokój. A teraz obśrupał zabezpieczenie przy wieczku i jakoś się stamtąd wydostał. Obudziłam M., biedny chodził w nocy po ogródku i szukał chomika ale nie widać go było nigdzie. Mieszkamy na parterze, do ziemi jest jakiś metr, pewnie sobie zeskoczył w trawę. Nie mogłam długo zasnąć. Rano obudziłam się i zobaczyłam pustą klatkę. Chodziłam po ogródku, szukałam, bo może wlazł w jakieś krzaki i śpi. Na nic to moje szukanie. A w domu cały czas zaglądałam do klatki, bo wydawało mi się, że w niej jest i tak samo co chwile wyglądam na balkon. Wystawiłam mu klatkę w ogrodzie, może wróci do swojego zapachu. Mam taką nadzieję. Nie chcę nawet myśleć o innej opcji! Tak bardzo za nim tęsknię!