Najwyższy czas na podsumowanie Starego Roku, które ja zrobiłam całkiem niedawno. A postanowienia na Nowy Rok? Są. Oczywiście, że są. Tylko, które z nich uda mi się zrealizować? Niestety bardzo często brak mi motywacji, a może po prostu to mój słomiany zapał? Sama nie wiem. Priorytetem na Nowy Rok jest moje zdrowie. Wiem, że ostatnio sobie odpuściłam. Odkąd zrezygnowałam z lekarza, przestałam brać tabletki i obawiam się, że poziom mojej insuliny znów poszedł w górę co widać niestety po mojej wadze, także muszę się 'doprowadzić do porządku' i tym razem skutecznie. Dwa, chciałabym przestać palić. Nawet sama nie wiem kiedy stałam się od nich zależna, przynajmniej w jakimś stopniu. Trzy, chciałabym zdać styczniowe egzaminy, przynajmniej ten najważniejszy i najtrudniejszy, i jednocześnie napisać przynajmniej pierwszy rozdział pracy licencjackiej na zaliczenie semestru. Są też inne, te mniejsze i te większe postanowienia. Ale te trzy są moimi priorytetami - mniej lub bardziej, ale są.
Sylwestrowe plany? Nie mamy żadnych. Najprawdopodobniej pojedziemy do rodziców, a potem może wylądujemy na Starym Rynku. Może w przyszłym roku uda mi się wyciągnąć gdzieś M. Tu mamy problem, że M. nie przepada za imprezami. I niby mi to odpowiadało cały czas, jakoś zawsze wolałam posiedzieć z Nim w domu i mieć Go dla siebie, ale jak widzę moje dziewczyny szykujące się na jutrzejszą imprezę, to robi mi się trochę przykro. Ale przecież najważniejsze jest to, że spędzimy Go razem, prawda?
Rok 2011 nie był wcale taki zły. Dokładnie rok temu zamieszkaliśmy z M. razem. Czy się sprawdziliśmy mieszkając razem? Myślę, że tak. Dla wielu par jest to duża próba i niestety nie wszyscy się odnajdują mieszkając razem. Nie każdej dziewczynie odpowiadają męskie nawyki, a te bywają dość irytujące i vice versa. Na szczęście Nam udało się dojść do wspólnych kompromisów. A właściwie to wcale nie było tak źle. Bałam się, a jednocześnie miałam nadzieję, że wspólne życie razem będzie piękne. I choć nie zawsze była sielanka, choć nie zawsze się dogadywaliśmy, to jednak daliśmy radę, razem.
Życzę sobie, Nam, aby 2012 przyniósł Nam wiele wspólnych chwil, oby jak najwięcej tych szczęśliwych.
No i Wam, życzę przede wszystkim, aby Nowy Rok był lepszy od Starego, byście miały czas na realizację noworocznych postanowień i byście za rok mogły powiedzieć - ten rok był udany. Pomyślności!
piątek, 30 grudnia 2011
środa, 28 grudnia 2011
Nie-entuzjastycznie.
Dzisiejszego dnia zdecydowanie nie mogę zaliczyć do udanych. Nie wiem co się ze mną ostatnio dzieje, czy to ta 'jesienna' pogoda czy co, ale brak mi motywacji, energii i przede wszystkim chęci. Wiem, że jeszcze mam wolne, ale specjalnie chciałam wziąć się za wszystko wcześniej by potem nie zwariować. I dupa, bo póki co robię wszystko, tylko nie to co powinnam.
Dziś już nie wytrzymałam i napisałam Ma. kilka słów prawdy, które widocznie ją zabolały bo siedzi zamknięta w pokoju z muchami w nosie. Od jakiegoś czasu znosiłam złośliwe docinki Ma. pod moim adresem, że M. jest dla mnie ważniejszy itp. Za każdym razem jak wpadła na jakiś genialny pomysł, na który akurat ja nie miałam ochoty, z kochanej przyjaciółki zmieniała się w złośliwą zołzę i jechała po mnie z góry na dół. Więc byłam już pod tak ogromną presją, że bałam się jej odmówić, bo wiedziałam czym to się skończy. I tak też było dzisiaj. Ponieważ dzisiaj miałyśmy być wszystkie w mieszkaniu, Ma. wymyśliła, że będziemy pić. I dziś rano łaskawie mi o tym przypomniała mówiąc, że dziś pijemy i nie ma, że nie, bez wymówek. To jej odpowiedziałam, że jeśli się będę dobrze czuła to ok, bo niestety nie codziennie mam ochotę się napić. Na co ona, że to już na pewno wiadomo, że będę się źle czuła. I w tym momencie już faktycznie nie miałam wcale ochoty. Już mnie przytłaczała tymi swoimi docinkami i wymuszeniami i napisałam jej dziś o tym, bo najmniejszej ochoty nie miałam by się zmuszać. No i dziś się dowiedziałam, że jak M. jest w pracy to z nimi siedzę, a jak On wraca to idę do niego i że mają do mnie żal, że nie poświęcam im czasu. Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie jest to oczywiste, że kiedy M. wraca wieczorem po całym dniu w pracy, wolę z nim spędzić chwile. Jak widać Ma. sądzi inaczej. I cały czas słyszę, że M. jest dla mnie najważniejszy, że to, że tamto. Ale tak właśnie jest, M. jest dla mnie najważniejszy więc jeśli mam wybierać pomiędzy Nim a kimś kto mi przy byle okazji docina, no to zastanawiać nad wyborem się nie będę.
Dziś już nie wytrzymałam i napisałam Ma. kilka słów prawdy, które widocznie ją zabolały bo siedzi zamknięta w pokoju z muchami w nosie. Od jakiegoś czasu znosiłam złośliwe docinki Ma. pod moim adresem, że M. jest dla mnie ważniejszy itp. Za każdym razem jak wpadła na jakiś genialny pomysł, na który akurat ja nie miałam ochoty, z kochanej przyjaciółki zmieniała się w złośliwą zołzę i jechała po mnie z góry na dół. Więc byłam już pod tak ogromną presją, że bałam się jej odmówić, bo wiedziałam czym to się skończy. I tak też było dzisiaj. Ponieważ dzisiaj miałyśmy być wszystkie w mieszkaniu, Ma. wymyśliła, że będziemy pić. I dziś rano łaskawie mi o tym przypomniała mówiąc, że dziś pijemy i nie ma, że nie, bez wymówek. To jej odpowiedziałam, że jeśli się będę dobrze czuła to ok, bo niestety nie codziennie mam ochotę się napić. Na co ona, że to już na pewno wiadomo, że będę się źle czuła. I w tym momencie już faktycznie nie miałam wcale ochoty. Już mnie przytłaczała tymi swoimi docinkami i wymuszeniami i napisałam jej dziś o tym, bo najmniejszej ochoty nie miałam by się zmuszać. No i dziś się dowiedziałam, że jak M. jest w pracy to z nimi siedzę, a jak On wraca to idę do niego i że mają do mnie żal, że nie poświęcam im czasu. Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie jest to oczywiste, że kiedy M. wraca wieczorem po całym dniu w pracy, wolę z nim spędzić chwile. Jak widać Ma. sądzi inaczej. I cały czas słyszę, że M. jest dla mnie najważniejszy, że to, że tamto. Ale tak właśnie jest, M. jest dla mnie najważniejszy więc jeśli mam wybierać pomiędzy Nim a kimś kto mi przy byle okazji docina, no to zastanawiać nad wyborem się nie będę.
wtorek, 27 grudnia 2011
Po-świątecznie.
Święta, święta i po świętach. Z pełnymi brzuchami i bezgranicznie szczęśliwi. Tylko gdzieś po drodze zgubiliśmy świąteczną atmosferę. I zgodnie stwierdziliśmy, że święta bez śniegu to nie to samo.
I jak się czuję w roli narzeczonej? Jak ryba w wodzie:) I jakby M. okazywał mi więcej czułości odkąd się oświadczył. Wiem, że jestem winna Wam relację z tego wyjątkowego dnia, ale chcę zachować to tylko dla siebie. Mogę jedynie zdradzić, że było skromnie, ale klimatycznie:) i choć częściowo wiedziałam to i tak płakałam ze szczęścia jak bóbr. Pierwsi dowiedzieli się rodzice M., zaskoczeni ale szczęśliwi, tak jak my. Wieczorem, kiedy M. odwiózł mnie do domu, powiedziałam moim rodzicom. Szczerze mówiąc najbardziej bałam się ich reakcji, ale chyba niepotrzebnie, ucieszyli się, choć są mistrzami w ukrywaniu emocji. Najważniejsze było dla mnie to, że zaakceptowali. Następnego dnia, pojechaliśmy z M. do dziadków na świąteczną kawę. Wszyscy cieszyli się i gratulowali. No i oczywiście nie obyło się bez pytania, kiedy ślub. Zgodnie z M. stwierdziliśmy, że Nam się nie śpieszy. Wstępny termin to czerwiec 2014, a jak będzie zobaczymy potem.
Chętnie pokazałabym Wam zdjęcie mojego cuda, ale niestety mój aparat jest starej daty i nie współpracuje z moim netbookiem, także póki co nie mam takiej możliwości. Ale pierścionek jest idealny. Skromny, symboliczny, taki jak chciałam. I oczywiście z białego złota, bo na to tradycyjne jestem uczulona a i też zbytnio nie leży w moim guście.
Jesteśmy szczęśliwi. Święta minęły Nam spokojnie i zdecydowanie za szybko. W niedziele wieczorem wróciliśmy do Naszych czterech ścian. W poniedziałek mieliśmy więc czas by pobyć tylko we dwoje. Do południa wybraliśmy się na Stary Rynek, do kawiarni, w której pracuje Madź i zjedliśmy pyszne ciasto makowe na ciepło z kulką lodów bakaliowych - pychota! A wieczorem wybraliśmy się do kina, chcieliśmy zobaczyć nową komedię - 'Pokaż kotku co masz w środku', więc trochę się pośmialiśmy i miłym akcentem zakończyliśmy Nasze święta. Dziś M. niestety już w pracy a ja próbuję zmotywować się do działania, bo już czas najwyższy.
A dziś emocje opadają, trzeba niestety powrócić do rzeczywistości i pomału zacząć się ogarniać, a trochę tego jest. Sesja tuż tuż, no i pracę licencjacką czas najwyższy zacząć.
I jak się czuję w roli narzeczonej? Jak ryba w wodzie:) I jakby M. okazywał mi więcej czułości odkąd się oświadczył. Wiem, że jestem winna Wam relację z tego wyjątkowego dnia, ale chcę zachować to tylko dla siebie. Mogę jedynie zdradzić, że było skromnie, ale klimatycznie:) i choć częściowo wiedziałam to i tak płakałam ze szczęścia jak bóbr. Pierwsi dowiedzieli się rodzice M., zaskoczeni ale szczęśliwi, tak jak my. Wieczorem, kiedy M. odwiózł mnie do domu, powiedziałam moim rodzicom. Szczerze mówiąc najbardziej bałam się ich reakcji, ale chyba niepotrzebnie, ucieszyli się, choć są mistrzami w ukrywaniu emocji. Najważniejsze było dla mnie to, że zaakceptowali. Następnego dnia, pojechaliśmy z M. do dziadków na świąteczną kawę. Wszyscy cieszyli się i gratulowali. No i oczywiście nie obyło się bez pytania, kiedy ślub. Zgodnie z M. stwierdziliśmy, że Nam się nie śpieszy. Wstępny termin to czerwiec 2014, a jak będzie zobaczymy potem.
Chętnie pokazałabym Wam zdjęcie mojego cuda, ale niestety mój aparat jest starej daty i nie współpracuje z moim netbookiem, także póki co nie mam takiej możliwości. Ale pierścionek jest idealny. Skromny, symboliczny, taki jak chciałam. I oczywiście z białego złota, bo na to tradycyjne jestem uczulona a i też zbytnio nie leży w moim guście.
Jesteśmy szczęśliwi. Święta minęły Nam spokojnie i zdecydowanie za szybko. W niedziele wieczorem wróciliśmy do Naszych czterech ścian. W poniedziałek mieliśmy więc czas by pobyć tylko we dwoje. Do południa wybraliśmy się na Stary Rynek, do kawiarni, w której pracuje Madź i zjedliśmy pyszne ciasto makowe na ciepło z kulką lodów bakaliowych - pychota! A wieczorem wybraliśmy się do kina, chcieliśmy zobaczyć nową komedię - 'Pokaż kotku co masz w środku', więc trochę się pośmialiśmy i miłym akcentem zakończyliśmy Nasze święta. Dziś M. niestety już w pracy a ja próbuję zmotywować się do działania, bo już czas najwyższy.
A dziś emocje opadają, trzeba niestety powrócić do rzeczywistości i pomału zacząć się ogarniać, a trochę tego jest. Sesja tuż tuż, no i pracę licencjacką czas najwyższy zacząć.
niedziela, 25 grudnia 2011
piątek, 23 grudnia 2011
Jeszcze przed-świątecznie.
Po moim śniegu powoli pozostaje tylko wspomnienie. Wszystko się rozpuszcza. I nie dane nam jest cieszyć się 'białymi' świętami. Szkoda.
U nas w mieszkaniu pusto. Dziewczyny już wczoraj pojechały na święta do domu. Tylko ja krzątam się po mieszkaniu doprowadzając je do porządku. M. w pracy, więc jeszcze nie wiemy kiedy pojedziemy do domu. Być może jutro rano. Dziś czeka mnie dokończenie porządków, zrobienie albumu ze zdjęciami dla dziadków i parę innych spraw.
Czas tak szybko mija, że nawet nie wiem gdzie umknęły mi te wszystkie dni. I już prawie mamy święta. Ominęło mnie w tym roku pieczenie pierniczków, ubieranie choinki, bo ta pewnie już stoi ubrana. I mam postanowienie na przyszły rok, że kupimy sobie z M. własną choinkę i upiekę pierniczki:) a może upieczemy je razem.
We wtorek oddałam zdjęcia do wywołania, żeby w końcu wypełnić album dla dziadków, który dostali z okazji swojego sierpniowego jubileuszu i na szczęście dziś je odebrałam. Uff bo bałam się, że nie zdążę.
W święta zamierzam poleniuchować, poobjadać się troszkę i odpocząć razem z M. Planów na Sylwestra póki co nie mamy, ale na pewno w końcu coś wymyślimy. Natomiast po Nowym Roku zabieram się ostro do pracy. Mam kilka zaliczeń i pierwsze egzaminy. Także nudzić się nie będę, więc muszę wykorzystać święta maksymalnie.
Na pewno jeszcze zajrzę tu w Święta jeśli tylko będę miała wolną chwilę. A póki co pozostaje mi złożyć Wam najpiękniejsze życzenia...
Życzę Wam:
radosnych, pogodnych, szczęśliwych i najpiękniejszych Świąt Bożego Narodzenia
spędzonych w rodzinnym gronie.
W tym roku bez śniegu, ale przy choince,
z pełnymi brzuchami:)
Życzę Wam wspaniałych chwil, czasu byście mogli odpocząć od codzienności.
Miłości, radości, spokoju.
Wesołych Świąt!
I tym, którzy nie czują świątecznej atmosfery - by ją poczuli.
czwartek, 22 grudnia 2011
Podsumowanie.
Wiem, że długo mnie nie było. Aż mi zaczęło brakować pisania, dlatego jestem. Początek zimy i sypnęło śniegiem. Wiem, że niedługo zmieni się on w pośniegowe błoto i zniknie. Ale potem znów spadnie śnieg. Zaczęłam czuć zbliżające się święta. Może dlatego, że będą one dla Nas wyjątkowe i zaczniemy nowy etap w Naszym życiu. Wiem, że podsumowania robi się zazwyczaj przed Nowym Rokiem, ale dlaczego nie zrobić takiego podsumowania przed świętami?
Mam 23 lata. Co takiego zmieniło się w moim życiu? Mam za sobą dzieciństwo, i choć zawsze wydawało mi się, że przeminęło ono za szybko, że zbyt wcześnie moje lalki znalazły swoje miejsce w piwnicy, pora się z tym pogodzić. Mam za sobą dobre dzieciństwo, mimo wszystko. Niczego mi nie brakowało, no może kilku mniej lub bardziej ważnych rzeczy, ale miałam, mam, przy sobie wspaniałych rodziców, może nie zawsze potrafiłam to docenić, ale byli przy mnie zawsze. Mam brata, dwa lata młodszego. I choć przez długi czas żyliśmy jak 'pies z kotem' od jakiegoś czasu nasze relacje są o wiele lepsze. Mam za sobą buntowniczy okres dorastania. Fakt, dałam rodzicom popalić, zwłaszcza mamie. Mam za sobą mnóstwo podjętych decyzji, i tych słusznych i tych błędnych również. Mam za sobą związek. Toksyczny związek, który nauczył mnie wiele. Jako siedemnastolatka zakochałam się po raz pierwszy, tak naprawdę. Zauroczyłam się i nie widziałam świata poza nim. Ślepo brnęłam w coś, co wtedy wydawało się być najwspanialsze, coś, co jak sądziłam, było całym moim światem. Po kilku latach, dokładnie po czterech, zrozumiałam, że chcę od życia czegoś więcej, że zasługuję na więcej i przede wszystkim, że stać mnie na więcej. Dostałam od życia wielkiego kopa w tyłek i wielki bagaż doświadczeń. Ale zaraz potem dostałam mojego M., który pomógł mi zbudować mój świat od nowa, na nowych fundamentach. Nasz świat. I znów życie nabrało sensu, znów zaczęłam się śmiać. I wiedziałam, że M. jest wynagrodzeniem całego zła. Razem, krok po kroku budowaliśmy Nasz związek. Były spotkania, wspólnie spędzany czas, wspólne wieczory, noce, poranki. Było wspólne łóżko, mieszkanie. Mam wspaniałego faceta, partnera i przyjaciela. Jestem szczęśliwa, najszczęśliwsza. Bo kocham i jestem kochana. I choć różnimy się tak bardzo, stanowimy zgrany duet. Ja, chodzący wulkan, On, oaza spokoju. Przed Nami kolejne święta, jeszcze spędzane częściowo osobno, ale z nadzieją na wspólne w przyszłym roku. Mam, wbrew pozorom, wystarczająco dużo, by być bezgranicznie szczęśliwą. Mam przed sobą ostatni, mam nadzieję, rok studiów, pisanie pracy licencjackiej, obronę. Mam przed sobą wiele wspaniałych chwil. I cokolwiek jeszcze przede mną, wiem, że nie będę już sama, że obok zawsze będzie On. Zawsze. Na zawsze. I choć ideałem nie jestem na pewno, myślę, że jestem dobrym człowiekiem, że mimo wielu błędów jakie zdarza mi się jeszcze popełniać, zasługuję na to, co mam. Zaczęłam to doceniać jakiś czas temu. I przede mną, przed Nami, nowy etap w Naszym wspólnym życiu. I są postanowienia, m.in. takie by być lepszym człowiekiem. Będzie czas na rzucenie papierosów, od których zdążyłam się uzależnić, będzie czas na ponowną walkę z chorobą, czas na bycie z Nim i na wiele innych, mniej lub bardziej ważnych rzeczy.
I nie żegnam się z Wami przedświątecznie, bo jeszcze zdążę tu wpaść i złożyć Wam życzenia.
Mam 23 lata. Co takiego zmieniło się w moim życiu? Mam za sobą dzieciństwo, i choć zawsze wydawało mi się, że przeminęło ono za szybko, że zbyt wcześnie moje lalki znalazły swoje miejsce w piwnicy, pora się z tym pogodzić. Mam za sobą dobre dzieciństwo, mimo wszystko. Niczego mi nie brakowało, no może kilku mniej lub bardziej ważnych rzeczy, ale miałam, mam, przy sobie wspaniałych rodziców, może nie zawsze potrafiłam to docenić, ale byli przy mnie zawsze. Mam brata, dwa lata młodszego. I choć przez długi czas żyliśmy jak 'pies z kotem' od jakiegoś czasu nasze relacje są o wiele lepsze. Mam za sobą buntowniczy okres dorastania. Fakt, dałam rodzicom popalić, zwłaszcza mamie. Mam za sobą mnóstwo podjętych decyzji, i tych słusznych i tych błędnych również. Mam za sobą związek. Toksyczny związek, który nauczył mnie wiele. Jako siedemnastolatka zakochałam się po raz pierwszy, tak naprawdę. Zauroczyłam się i nie widziałam świata poza nim. Ślepo brnęłam w coś, co wtedy wydawało się być najwspanialsze, coś, co jak sądziłam, było całym moim światem. Po kilku latach, dokładnie po czterech, zrozumiałam, że chcę od życia czegoś więcej, że zasługuję na więcej i przede wszystkim, że stać mnie na więcej. Dostałam od życia wielkiego kopa w tyłek i wielki bagaż doświadczeń. Ale zaraz potem dostałam mojego M., który pomógł mi zbudować mój świat od nowa, na nowych fundamentach. Nasz świat. I znów życie nabrało sensu, znów zaczęłam się śmiać. I wiedziałam, że M. jest wynagrodzeniem całego zła. Razem, krok po kroku budowaliśmy Nasz związek. Były spotkania, wspólnie spędzany czas, wspólne wieczory, noce, poranki. Było wspólne łóżko, mieszkanie. Mam wspaniałego faceta, partnera i przyjaciela. Jestem szczęśliwa, najszczęśliwsza. Bo kocham i jestem kochana. I choć różnimy się tak bardzo, stanowimy zgrany duet. Ja, chodzący wulkan, On, oaza spokoju. Przed Nami kolejne święta, jeszcze spędzane częściowo osobno, ale z nadzieją na wspólne w przyszłym roku. Mam, wbrew pozorom, wystarczająco dużo, by być bezgranicznie szczęśliwą. Mam przed sobą ostatni, mam nadzieję, rok studiów, pisanie pracy licencjackiej, obronę. Mam przed sobą wiele wspaniałych chwil. I cokolwiek jeszcze przede mną, wiem, że nie będę już sama, że obok zawsze będzie On. Zawsze. Na zawsze. I choć ideałem nie jestem na pewno, myślę, że jestem dobrym człowiekiem, że mimo wielu błędów jakie zdarza mi się jeszcze popełniać, zasługuję na to, co mam. Zaczęłam to doceniać jakiś czas temu. I przede mną, przed Nami, nowy etap w Naszym wspólnym życiu. I są postanowienia, m.in. takie by być lepszym człowiekiem. Będzie czas na rzucenie papierosów, od których zdążyłam się uzależnić, będzie czas na ponowną walkę z chorobą, czas na bycie z Nim i na wiele innych, mniej lub bardziej ważnych rzeczy.
I nie żegnam się z Wami przedświątecznie, bo jeszcze zdążę tu wpaść i złożyć Wam życzenia.
poniedziałek, 12 grudnia 2011
Kolejny grudniowy dzień, kolejny tydzień. Do świąt bliżej niż dalej. A ja jestem daleko w polu, zarówno jeśli chodzi o prezenty jak i o naukę, a tej wciąż sporo, szczególnie, że sesja tuż tuż. Jeszcze po całym dniu na uczelni nie mam mocy na nic, a jutro jeszcze mam zaliczenie, na które wypadałoby się nauczyć. Nie ma to jak dobry początek tygodnia.
W sobotę wyciągnęłam M. nad Wartę. Z okazji dnia wolności puszczali nad Wartą lampiony. Mieliśmy iść popatrzeć, a skończyło się na tym, że i Nasze dwa lampiony poszły w górę:) niesamowita radość i wspaniały widok! Cieszę się, że spędziliśmy trochę czasu we dwoje poza domem, bo rzadko mamy ku temu okazje, zdecydowanie za rzadko! Więc tym bardziej się cieszę. Po lampionach przeszliśmy się na stary rynek, bo to niedaleko a mieli robić rzeźby z lodu jak co roku, ale chyba jednak coś Nam się dni pomyliły, bo i rzeźby a i owszem były, ale nie te, tylko takie mniejsze. Ale zrobiliśmy sobie rundkę po rynku, pooglądaliśmy sobie świąteczne budki, zjedliśmy po oscypku z grilla i wróciliśmy do domku.
A tutaj filmik:)
I niestety tylko link (bo póki co nie dotarliśmy ponownie zobaczyć rzeźby, ale podobno efekt niesamowity, i z tym się zgodzę, bo byłam w zeszłym roku i bardzo mi się podobało:))
http://www.poznan.pl/mim/public/publikacje/pages.html?co=list&id=8460&ch=21731&instance=1017&lang=pl
W sobotę miał być dzień lenia, ale niestety moja mama Nas ubiegła z informacją, że wyprawia swoje imieniny i urodziny mojego brata, więc niedzielne przedpołudnie spędziliśmy u rodziców M., a potem pojechaliśmy na imieninowo-urodzinową kawkę.
A dziś wróciłam z uczelni, zrobiłam szybki obiadek, wykąpałam się i mamy godzinę, o której mój organizm chciałby się zregenerować a tu klops. Uciekam więc do moich słówek i życzę mimo wszystko przyjemnego wieczoru.
W sobotę wyciągnęłam M. nad Wartę. Z okazji dnia wolności puszczali nad Wartą lampiony. Mieliśmy iść popatrzeć, a skończyło się na tym, że i Nasze dwa lampiony poszły w górę:) niesamowita radość i wspaniały widok! Cieszę się, że spędziliśmy trochę czasu we dwoje poza domem, bo rzadko mamy ku temu okazje, zdecydowanie za rzadko! Więc tym bardziej się cieszę. Po lampionach przeszliśmy się na stary rynek, bo to niedaleko a mieli robić rzeźby z lodu jak co roku, ale chyba jednak coś Nam się dni pomyliły, bo i rzeźby a i owszem były, ale nie te, tylko takie mniejsze. Ale zrobiliśmy sobie rundkę po rynku, pooglądaliśmy sobie świąteczne budki, zjedliśmy po oscypku z grilla i wróciliśmy do domku.
A tutaj filmik:)
I niestety tylko link (bo póki co nie dotarliśmy ponownie zobaczyć rzeźby, ale podobno efekt niesamowity, i z tym się zgodzę, bo byłam w zeszłym roku i bardzo mi się podobało:))
http://www.poznan.pl/mim/public/publikacje/pages.html?co=list&id=8460&ch=21731&instance=1017&lang=pl
W sobotę miał być dzień lenia, ale niestety moja mama Nas ubiegła z informacją, że wyprawia swoje imieniny i urodziny mojego brata, więc niedzielne przedpołudnie spędziliśmy u rodziców M., a potem pojechaliśmy na imieninowo-urodzinową kawkę.
A dziś wróciłam z uczelni, zrobiłam szybki obiadek, wykąpałam się i mamy godzinę, o której mój organizm chciałby się zregenerować a tu klops. Uciekam więc do moich słówek i życzę mimo wszystko przyjemnego wieczoru.
środa, 7 grudnia 2011
Bo historia lubi się powtarzać.
Nie tak dawno pisałam, że nie warto ufać innym. Potem, potem zaufałam, a dziś widzę kolejne fochy w nosie. I najlepsze jest to, że próbuję doszukać się w tym wszystkim mojej winy. Próbuję, ale nie potrafię znaleźć. I te szepty za plecami. Czy one na prawdę myślą, że tego nie było słychać? Słuchałam tego z zaciśniętymi zębami, trzęsąc się ze złości a łzy kapały. I to ja powinnam się nie odzywać, to ja powinnam być obrażona na cały świat, bo to jak zawsze ja jestem pokrzywdzona najbardziej. I znów te słowa cicho wypowiadam, z nadzieją, że to nieprawda... Kiedy w końcu zaczynam komuś ufać, on daje mi tysiąc powodów, dla których nie powinnam. Bo historia lubi się powtarzać.
niedziela, 4 grudnia 2011
2 lata i 5 miesięcy
Dokładnie 2 lata i 5 miesięcy temu, 4 lipca, Nasze usta spotkały się po raz pierwszy, dłonie splotły się w uścisku, a oczy nie mogły się od siebie oderwać. Tak zaczęła się po raz drugi Nasza historia. Przez cały ten czas mieliśmy różne chwile, i te dobre, i te złe. W każdym momencie byliśmy razem, bez względu na wszystko. Razem pokonywaliśmy wszystkie trudności. Mam nadzieję, że tak będzie już zawsze, że nadal będziemy sobie wsparciem, że nie przestaniemy się kochać, i w każdej, nawet beznadziejnej sytuacji, znajdziemy wspólnie jakieś rozwiązanie. Znajomi mówią, że jesteśmy z M. przykładem idealnej pary, prawdziwej miłości, która, jak by się mogło wydawać, zdarza się tylko w filmach. Ja też tak myślałam, ale teraz wiem, jak bardzo się myliłam. Wszyscy Nam zazdroszczą, czy mają czego, tego nie wiem, ale wiem, że związek z M. był najlepszą 'rzeczą' jaka przydarzyła mi się w życiu. Kiedy patrzę w mój grudniowy kalendarz, widzę w nim wiele mniej lub bardziej ważnych dat. Mam nadzieję, że niebawem pojawi się w nim kolejna, najważniejsza data. Oby grudzień okazał się dla Nas szczęśliwy.
_______________________________
Kocham Cię już ponad dwa lata, a może nawet i dłużej...
I obiecuję kochać Cię przez całą wieczność,
a Ty obiecaj, że będziesz przy mnie, zawsze.
_______________________________
Kocham Cię już ponad dwa lata, a może nawet i dłużej...
I obiecuję kochać Cię przez całą wieczność,
a Ty obiecaj, że będziesz przy mnie, zawsze.
czwartek, 1 grudnia 2011
Jak ten czas szybko leci, już mamy grudzień... całe szczęście moje życie ostatnio zwolniło i mam trochę czasu dla siebie, choć nie na długo, bo kolejne zaliczenia za pasem. No i po zaakceptowaniu mojego tematu pracy licencjackiej, trzeba wziąć się w garść i napisać plan i poszukać bibliografię... właśnie w tym celu wybieram się jutro do biblioteki.
Miałam ostatnio poruszyć kilka kwestii, a więc poruszę je teraz.
Chodziłam wczoraj po galeriach handlowych i przy okazji powoli zaczęłam rozglądać się za prezentami. I wstępnie już wiem co komu kupić. Cieszę się na nadchodzące święta, ale nie dlatego, że będą prezenty, ale dlatego, że być może tegoroczne święta na długo pozostaną mi w pamięci. Rozmawialiśmy ostatnio z M. i poruszyliśmy kwestię naszej przyszłości, niedalekiej przyszłości. Planujemy się zaręczyć. A właściwie, teraz to już wszystko w rękach M. Czuję to ogarniające mnie szczęście, ale nie chcę się cieszyć na zapas. Chcę sobie zostawić moją radość, jak już będę miała na palcu pierścionek i będę już prawię Jego, tak legalnie. Prawie legalnie. Czuję, że ten jeden dzień będzie dla nas początkiem czegoś 'nowego' i pomoże Nam sprecyzować plany na tą dalszą przyszłość. Tak bardzo Go kocham, i jeśli mnie zapyta, odpowiem 'tak' bez wahania.
Poza tym udało mi się dziś kupić buty na zimę, takie, jak chciałam i w dodatku były tanie, więc radość podwójna. No i pozostaje mi jeszcze wybrać się do Sephory i wykorzystać mój imieninowy bon, a akurat przydałyby mi się jakieś nowe perfumy, więc prezent jak znalazł. I myślę, że w końcu wezmę się za siebie, za moją chorobę i odwiedzę lekarza rodzinnego, bo na tych tu brakuje mi już sił.
Miałam ostatnio poruszyć kilka kwestii, a więc poruszę je teraz.
Chodziłam wczoraj po galeriach handlowych i przy okazji powoli zaczęłam rozglądać się za prezentami. I wstępnie już wiem co komu kupić. Cieszę się na nadchodzące święta, ale nie dlatego, że będą prezenty, ale dlatego, że być może tegoroczne święta na długo pozostaną mi w pamięci. Rozmawialiśmy ostatnio z M. i poruszyliśmy kwestię naszej przyszłości, niedalekiej przyszłości. Planujemy się zaręczyć. A właściwie, teraz to już wszystko w rękach M. Czuję to ogarniające mnie szczęście, ale nie chcę się cieszyć na zapas. Chcę sobie zostawić moją radość, jak już będę miała na palcu pierścionek i będę już prawię Jego, tak legalnie. Prawie legalnie. Czuję, że ten jeden dzień będzie dla nas początkiem czegoś 'nowego' i pomoże Nam sprecyzować plany na tą dalszą przyszłość. Tak bardzo Go kocham, i jeśli mnie zapyta, odpowiem 'tak' bez wahania.
Poza tym udało mi się dziś kupić buty na zimę, takie, jak chciałam i w dodatku były tanie, więc radość podwójna. No i pozostaje mi jeszcze wybrać się do Sephory i wykorzystać mój imieninowy bon, a akurat przydałyby mi się jakieś nowe perfumy, więc prezent jak znalazł. I myślę, że w końcu wezmę się za siebie, za moją chorobę i odwiedzę lekarza rodzinnego, bo na tych tu brakuje mi już sił.
niedziela, 27 listopada 2011
Imieninowo-imieninowo.
Tak to już jest w naszej rodzinie, że jak przychodzi październik, to co miesiąc ktoś coś ma. Najpierw moje urodziny, potem imieniny taty, potem moje, urodziny brata i imieniny mamy. W między czasie jeszcze innych osób. I tradycyjnie, moje imieniny wyprawiane są razem z tatowymi, i ten dzień wypadł akurat dziś. Więc brzuchy mamy pełne, maluchy zostały 'wymaltretowane' przez kuzynkę ( a właściwie to nie wiem, kto kogo bardziej wymaltretował :)) i garść prezentów też jest - więc w między czasie muszę wybrać się do Sephory wykorzystać bon upominkowy :) więc i ja czuję się w pełni usatysfakcjonowana! Nie powiem, bo uwielbiam dostawać prezenty zamiast kasy, którą i tak wydam nie wiem gdzie i na co, a tak przynajmniej w jakimś stopniu moje prezenty zostały sprecyzowane.
Mój ulubiony - od chrzestnej.
Poza tym u Nas, jak to u Nas - różnie, ale zawsze razem. I tylko to jest najważniejsze. Mimo pracy, mimo tysiąca innych ważnych rzeczy, udaje Nam się spędzić trochę czasu razem. I z tego się cieszę, bo ostatnio przeholowałam z nadmiarem rzeczy do zrobienia i trochę na tym oboje ucierpieliśmy.
Ostatnio, zupełnie spontanicznie, kupiłam sobie farbę do włosów. Pomyślałam, że już tak dawno nie zmieniałam koloru, że raz kiedyś można. Efekt - całkiem całkiem:) Kolor: Brownie.
Od dłuższego czasu moja mam używa farb z tej serii. A krótko mówiąc to ja jej zawsze farbuję włosy i muszę przyznać, że ta farba ma same plusy - przynajmniej wg mnie. Bez amoniaku, całkiem przyjemny zapach, łatwo się farbuje i dookoła wszystko jest czyste (bez brudzenia miseczek żeby rozmieszać farbę itp.).
Jeszcze chciałabym poruszyć kilka kwestii, ale już nie dziś.
Miłej nocy.
Mój ulubiony - od chrzestnej.
Poza tym u Nas, jak to u Nas - różnie, ale zawsze razem. I tylko to jest najważniejsze. Mimo pracy, mimo tysiąca innych ważnych rzeczy, udaje Nam się spędzić trochę czasu razem. I z tego się cieszę, bo ostatnio przeholowałam z nadmiarem rzeczy do zrobienia i trochę na tym oboje ucierpieliśmy.
Ostatnio, zupełnie spontanicznie, kupiłam sobie farbę do włosów. Pomyślałam, że już tak dawno nie zmieniałam koloru, że raz kiedyś można. Efekt - całkiem całkiem:) Kolor: Brownie.
Od dłuższego czasu moja mam używa farb z tej serii. A krótko mówiąc to ja jej zawsze farbuję włosy i muszę przyznać, że ta farba ma same plusy - przynajmniej wg mnie. Bez amoniaku, całkiem przyjemny zapach, łatwo się farbuje i dookoła wszystko jest czyste (bez brudzenia miseczek żeby rozmieszać farbę itp.).
Jeszcze chciałabym poruszyć kilka kwestii, ale już nie dziś.
Miłej nocy.
środa, 23 listopada 2011
Roczkowo i nie tylko.
Jak już wcześniej wspominałam, w niedzielę byliśmy z M. na roczku Gabrysi. Nie była to jakaś ogromna impreza, ale rodzinna w domu dziadków. Gabryśka wyglądała bardzo uroczyście, w długaśnej sukience, która potem nieco jej przeszkadzała 'przy poruszaniu się', ale jakoś ją to zbytnio nie interesowało. Po zjedzeniu torta, oczywiście Gabryśka została zabrana przeze mnie i nadszedł czas na rozpakowanie prezentów. Mała dostała od nas takie pluszowe kręgle, które bardzo przypadły jej do gustu i zostały automatycznie skonsumowane:) Potem nadszedł czas zabawy. W porównaniu z Jaśkiem, to Gabrysia to istne tornado:) ale jakoś moja cierpliwość do niej jest bezgraniczna. M. trochę ucierpiał, bo nie mogłam niestety się rozdwoić, i być i z małą i z Nim, ale okazał się jak zawsze bardzo wyrozumiały.
Zeszły tydzień nie był dla Nas łaskawy. Ja miałam te tłumaczenia do zrobienia i uczelniane sprawy, a M. wracał późno i praktycznie od razu szedł spać. Jak wstawał, to ja się kładłam i tak się mijaliśmy. Niby razem a jednak osobno. I niestety dał Nam się we znaki ten okropny tydzień, i mimo to, że weekend jak zawsze, za krótki, trochę się sobą nacieszyliśmy.
A dziś wybieram się do lekarza. I jestem ciekawa, czy wypisze mi moje tabletki. W najgorszym wypadku będę musiała jednak pojechać do siebie do lekarza, ale mam nadzieję, że to nie będzie konieczne.
Zeszły tydzień nie był dla Nas łaskawy. Ja miałam te tłumaczenia do zrobienia i uczelniane sprawy, a M. wracał późno i praktycznie od razu szedł spać. Jak wstawał, to ja się kładłam i tak się mijaliśmy. Niby razem a jednak osobno. I niestety dał Nam się we znaki ten okropny tydzień, i mimo to, że weekend jak zawsze, za krótki, trochę się sobą nacieszyliśmy.
A dziś wybieram się do lekarza. I jestem ciekawa, czy wypisze mi moje tabletki. W najgorszym wypadku będę musiała jednak pojechać do siebie do lekarza, ale mam nadzieję, że to nie będzie konieczne.
piątek, 18 listopada 2011
Od razu przepraszam Was, że nie było mnie tak długo. Powodów jest wiele. Między innymi, brak czasu. Między prezentacją na zajęcia a nauką słówek na testy, cały mój wolny czas pochłaniały tłumaczenia opisów technicznych dla mojego wujka, który jak zawsze obudził się ze wszystkim rychło w czas.
W zeszły piątek opiekowałam się Gabrysią, bo B. i K. pojechali na koncert. Wcześniej byłam u nich kilka razy, żeby mała się przyzwyczaiła i bałam się, że jak zostanę z nią sama to da mi nieźle popalić, ale się myliłam. Mimo złego humorku na początku, bo nie dość, że Mała była przeziębiona to jeszcze miała gorszy dzień, to i tak nieźle daliśmy sobie radę. Zjadła ślicznie kaszkę, podczas kąpieli też była bardzo grzeczna i mimo łez po kąpieli, bo niestety musiałam jej przeczyścić nosek, a tego to ona nie lubi i to bardzo, przytuliła się i zasnęła z moim telefonem w ręce. Odłożyłam ją do łóżeczka i sobie spała kilka godzin. Obudziła się kilka razy, bo miała taki męczący kaszel, ale jak tylko brałam ją na ręce to zasypiała. Ogólnie z małej jest niezła, ale słodka, agentka i uwielbia się przytulać, gadać coś po swojemu, a potem podstępem gryzie i przysysa się jak mała pijawka. A w niedziele idziemy z M. na roczek Gabrysi. Kupiłam jej dziś takie pluszowe kręgle - zwierzątka, które grzechoczą i szeleszczą i do tego jest też taka pluszowa piłeczka, nawet fajnie to wygląda i mam nadzieję, że mała będzie zadowolona.
W niedziele wybraliśmy się z M. i z dziewczynami do kina. Oj przydało Nam się oderwanie od notatek, zwłaszcza, że film był strzałem w dziesiątkę. Poszliśmy na "Listy do M.", film rewelacyjny, muzyka świetna, cała reszta jeszcze lepsza. Z chęcią przeszłabym się na ten film jeszcze raz, i z ręką na sercu mogę powiedzieć, że to była jedna z lepszych, jak nie najlepsza polska komedia jaką kiedykolwiek widziałam.
I tak cały tydzień minął mi na nauce i tłumaczeniach. Aż mi się marzy żeby odespać te wszystkie godziny. Dopiero wczoraj, a właściwie to dziś w nocy, odesłałam ostatnie tłumaczenie. I kamień z serca, bo już nie miałam siły ani głowy do tego. Ale przynajmniej wpadną jakieś pieniążki.
A dziś po zajęciach, w ramach zasłużonego relaksu, wybrałyśmy się z dziewczynami do kina, na kolejną część Sagi Zmierzch - długo przeze mnie wyczekiwanej. Z kina wyszłam całkowicie zadowolona i usatysfakcjonowana (mimo tego, że dziewczyny zaraz po wyjściu emanowały pesymizmem, nie udało im się mnie zarazić) i z niecierpliwością czekam na drugą część.
Tęskno mi za M., choć mam Go obok siebie, nie mieliśmy ostatnio czasu dla siebie. Kiedy on wracał z pracy ja albo się uczyłam, albo robiłam kolejne tłumaczenie. Mam nadzieję, że w weekend choć trochę uda Nam się sobą nacieszyć.
A w mieszkaniu choć panuje 'domowa' atmosfera i nie mogę zaprzeczyć, że bywa śmiesznie, bo bywa, ale coraz częściej zaczynają mnie drażnić głupie uwagi i zgryźliwe komentarze dziewczyn.
Chyba jestem przemęczona i potrzebuję porządnie odpocząć, co nie do końca jest możliwe, bo czas przecież w miejscu specjalnie dla mnie nie stanie. Ale mam nadzieję, że od przyszłego tygodnia będę miała więcej czasu dla siebie. W najbliższych planach mam wizytę u lekarza, bo zaniedbałam się bardzo ostatnio. Mam nadzieję, że uda mi się wszystko uporządkować, w końcu. No i postaram się częściej tu bywać, bo i tego mi mimo wszystko brakowało.
W zeszły piątek opiekowałam się Gabrysią, bo B. i K. pojechali na koncert. Wcześniej byłam u nich kilka razy, żeby mała się przyzwyczaiła i bałam się, że jak zostanę z nią sama to da mi nieźle popalić, ale się myliłam. Mimo złego humorku na początku, bo nie dość, że Mała była przeziębiona to jeszcze miała gorszy dzień, to i tak nieźle daliśmy sobie radę. Zjadła ślicznie kaszkę, podczas kąpieli też była bardzo grzeczna i mimo łez po kąpieli, bo niestety musiałam jej przeczyścić nosek, a tego to ona nie lubi i to bardzo, przytuliła się i zasnęła z moim telefonem w ręce. Odłożyłam ją do łóżeczka i sobie spała kilka godzin. Obudziła się kilka razy, bo miała taki męczący kaszel, ale jak tylko brałam ją na ręce to zasypiała. Ogólnie z małej jest niezła, ale słodka, agentka i uwielbia się przytulać, gadać coś po swojemu, a potem podstępem gryzie i przysysa się jak mała pijawka. A w niedziele idziemy z M. na roczek Gabrysi. Kupiłam jej dziś takie pluszowe kręgle - zwierzątka, które grzechoczą i szeleszczą i do tego jest też taka pluszowa piłeczka, nawet fajnie to wygląda i mam nadzieję, że mała będzie zadowolona.
W niedziele wybraliśmy się z M. i z dziewczynami do kina. Oj przydało Nam się oderwanie od notatek, zwłaszcza, że film był strzałem w dziesiątkę. Poszliśmy na "Listy do M.", film rewelacyjny, muzyka świetna, cała reszta jeszcze lepsza. Z chęcią przeszłabym się na ten film jeszcze raz, i z ręką na sercu mogę powiedzieć, że to była jedna z lepszych, jak nie najlepsza polska komedia jaką kiedykolwiek widziałam.
I tak cały tydzień minął mi na nauce i tłumaczeniach. Aż mi się marzy żeby odespać te wszystkie godziny. Dopiero wczoraj, a właściwie to dziś w nocy, odesłałam ostatnie tłumaczenie. I kamień z serca, bo już nie miałam siły ani głowy do tego. Ale przynajmniej wpadną jakieś pieniążki.
A dziś po zajęciach, w ramach zasłużonego relaksu, wybrałyśmy się z dziewczynami do kina, na kolejną część Sagi Zmierzch - długo przeze mnie wyczekiwanej. Z kina wyszłam całkowicie zadowolona i usatysfakcjonowana (mimo tego, że dziewczyny zaraz po wyjściu emanowały pesymizmem, nie udało im się mnie zarazić) i z niecierpliwością czekam na drugą część.
Tęskno mi za M., choć mam Go obok siebie, nie mieliśmy ostatnio czasu dla siebie. Kiedy on wracał z pracy ja albo się uczyłam, albo robiłam kolejne tłumaczenie. Mam nadzieję, że w weekend choć trochę uda Nam się sobą nacieszyć.
A w mieszkaniu choć panuje 'domowa' atmosfera i nie mogę zaprzeczyć, że bywa śmiesznie, bo bywa, ale coraz częściej zaczynają mnie drażnić głupie uwagi i zgryźliwe komentarze dziewczyn.
Chyba jestem przemęczona i potrzebuję porządnie odpocząć, co nie do końca jest możliwe, bo czas przecież w miejscu specjalnie dla mnie nie stanie. Ale mam nadzieję, że od przyszłego tygodnia będę miała więcej czasu dla siebie. W najbliższych planach mam wizytę u lekarza, bo zaniedbałam się bardzo ostatnio. Mam nadzieję, że uda mi się wszystko uporządkować, w końcu. No i postaram się częściej tu bywać, bo i tego mi mimo wszystko brakowało.
wtorek, 8 listopada 2011
Nieco mniej optymistycznie.
Dni lecą ja szalone. Szybko, za szybko. Nie mam czasu na nic, albo po prostu brak mi organizacji. Czuje, że nie ogarniam tego wszystkiego, jestem mego zmęczona i nie mam w sobie ani trochę pozytywnej energii - przynajmniej jeśli chodzi o studia. Ze zdrowiem nie jest tak, jak być powinno. To głupie, wiem, ale nie mam na to czasu. Wczoraj dostałam opr-a od mamy, że nie poszłam o lekarza po tabletki, ale zwyczajnie nie mam do tego głowy. Wiem, że z tego powodu wszystko mi się rozstroiło, znów mam problemy z okresem - a raczej z jego brakiem, ale zwyczajnie nie mam kiedy o tym pomyśleć. Wiem, że dawno mnie tu nie było, ale i na to brak mi czasu. Brak mi wszystkiego, a przede wszystkim mobilizacji. Egzystując sobie z dnia na dzień, z przerażeniem na to patrzę, lecz nie robię z tym nic, mimo wszystko. Nie mam siły. Tyle spraw na głowie, ale ja jakoś jestem poza tym wszystkim, gdzieś na dnie i nie wiem czego chwycić się najpierw. Oby to się zmieniło, bo nie wiem jak długo tak pociągnę.
wtorek, 1 listopada 2011
Oj pazerna ja jestem niesamowicie! Jakbym chciała zabrać całemu światu słońce, które dziś tak pięknie świeciło, ku mojemu zaskoczeniu. Napawałam się widokiem żółto-złotych liści, wystawiałam twarz na słońce. Było przepięknie! W południe, jak już się wygrzebaliśmy z M., pojechaliśmy do moich rodziców na obiadek, potem na mszę na cmentarz i zapalić znicze na rodzinnych grobach. Pomyślałam, że miło by było zabrać mamę M. na cmentarz, więc pojechaliśmy też do rodziców M., wypiliśmy herbatkę i pojechaliśmy. Cała rodzina M. mieszka daleko, bo aż za Warszawą, tutaj nie mają żadnej rodziny, więc chociaż pojechaliśmy na cmentarz i mama M. zapaliła znicze tym, których znała. A ja od kilku lat mam taki zwyczaj, że zabieram wieczorem dodatkowy znicz i zapalam go na grobie, gdzie nie świeci się żadna lampka, lub na grobie małego dziecka. I w tym roku znalazłam pusty grób, więc na nim postawiłam znicz. I tak po całym dniu, wróciliśmy niedawno w nasze cztery kąty. I mamy jeszcze chwilę dla siebie, bo od jutra oboje wracamy do codzienności i obowiązków.
poniedziałek, 31 października 2011
Lenistwo.
Dopadło mnie przedświąteczne lenistwo. Akurat dziś, kiedy chciałam zrobić "coś" pożytecznego. Mam w zanadrzu do przetłumaczenia opracowanie techniczne, znalazłoby się kilka uczelnianych spraw. Wiem, miałam odpoczywać, bo właśnie po to jest te kilka dni, by sobie odpocząć. A ja jednak mam okropne wyrzuty sumienia, że mi się nie chce.
Wczoraj dojrzałam do tego by usunąć mój stary onet'owski blog. Tak, to znaczy, że zadomowiłam się tu na dobre i nie zamierzam się przenosić. Dobrze mi tu. Wszystkie notki ze starego bloga są dostępne tu, więc niczego mi nie żal. Zastanawiam się też, nad ograniczeniem dostępu do tego bloga. Ale to może kiedyś.
Właśnie zrobiłam sobie zieloną herbatkę z pigwą i próbuję się zmobilizować.
Do napisania!
Wczoraj dojrzałam do tego by usunąć mój stary onet'owski blog. Tak, to znaczy, że zadomowiłam się tu na dobre i nie zamierzam się przenosić. Dobrze mi tu. Wszystkie notki ze starego bloga są dostępne tu, więc niczego mi nie żal. Zastanawiam się też, nad ograniczeniem dostępu do tego bloga. Ale to może kiedyś.
Właśnie zrobiłam sobie zieloną herbatkę z pigwą i próbuję się zmobilizować.
Do napisania!
niedziela, 30 października 2011
Jesiennie.
Za oknem już dawno mamy jesień. I to wcale nie koniecznie tą, z górą złoto-żółtych liści, słońcem, które jeszcze czasem ogrzewa twarz swoimi promieniami. Jest zimno, wietrznie, nawet deszczowo. Niezbyt optymistycznie. I choć u mnie na blogu również jesiennie, chciałam by było tu przytulnie. Chociaż tu.
Jak się ma taką osobowość jak ja, to się odchorowuje wszelkiego rodzaju porażki. Czy już mi przeszło? Nie wiem. Być może. Póki co, A. pojechała na święta do domu. Może to i lepiej, może właśnie dlatego atmosfera cho trochę się oczyściła. Rozmawiałam dziś z Ma. Próbowała usprawiedliwiać zachowanie A., próbowała wynajdywać dowody, że to jednak ja zawiniłam. Chyba się jej jednak to nie udało. Widziałam jej minę, kiedy powiedziałam, że słyszałam ich rozmowę. Nie powiedziała słowa. Powiedziała tylko, że mam porozmawiać z A., kiedy wróci po świętach. Kiedyś może i bym z nią porozmawiała. Kiedyś, ale nie teraz. Teraz nie wyciągam ręki za każdym razem, dla świętego spokoju. Bo to jakbym przyznała się do winny, a nie czuję się winna. Wiem, ciężka jestem i skomplikowana. Ale mimo wszystko, nie ja zachowałam się jak rozkapryszona nastolatka, nie ja głupio się obraziłam zamiast przyjść i porozmawiać jeśli coś było nie tak. Ale dość już o tym. Już prawie to odchorowałam. Już prawie nie pamiętam. Prawie.
Po raz pierwszy od dłuższego czasu mam czas tylko dla siebie. Dopiero teraz to czuję, mam Go na wyciągnięcie ręki, zasypiam i budzę się przy Nim. Potrzebowałam Go tylko dla siebie, na wyłączność.
Jutro M. idzie jeszcze do pracy, a ja mam cały dzień dla siebie. Planowałam pojechać na cmentarz do moich dziadków, rodziców mojego taty. Mam nadzieję, że trafię, co roku mamy z tym problem i błądzimy po alejkach. We wtorek jedziemy z M. do moich rodziców na obiad, potem na cmentarz, do moich dziadków na kawę i pewnie do rodziców M., także zapowiada się rodzinnie. I zamierzam sobie odpocząć, przynajmniej do środy. I mam nadzieję, że pogoda będzie nieco bardziej słoneczna i znośna.
Jak się ma taką osobowość jak ja, to się odchorowuje wszelkiego rodzaju porażki. Czy już mi przeszło? Nie wiem. Być może. Póki co, A. pojechała na święta do domu. Może to i lepiej, może właśnie dlatego atmosfera cho trochę się oczyściła. Rozmawiałam dziś z Ma. Próbowała usprawiedliwiać zachowanie A., próbowała wynajdywać dowody, że to jednak ja zawiniłam. Chyba się jej jednak to nie udało. Widziałam jej minę, kiedy powiedziałam, że słyszałam ich rozmowę. Nie powiedziała słowa. Powiedziała tylko, że mam porozmawiać z A., kiedy wróci po świętach. Kiedyś może i bym z nią porozmawiała. Kiedyś, ale nie teraz. Teraz nie wyciągam ręki za każdym razem, dla świętego spokoju. Bo to jakbym przyznała się do winny, a nie czuję się winna. Wiem, ciężka jestem i skomplikowana. Ale mimo wszystko, nie ja zachowałam się jak rozkapryszona nastolatka, nie ja głupio się obraziłam zamiast przyjść i porozmawiać jeśli coś było nie tak. Ale dość już o tym. Już prawie to odchorowałam. Już prawie nie pamiętam. Prawie.
Po raz pierwszy od dłuższego czasu mam czas tylko dla siebie. Dopiero teraz to czuję, mam Go na wyciągnięcie ręki, zasypiam i budzę się przy Nim. Potrzebowałam Go tylko dla siebie, na wyłączność.
Jutro M. idzie jeszcze do pracy, a ja mam cały dzień dla siebie. Planowałam pojechać na cmentarz do moich dziadków, rodziców mojego taty. Mam nadzieję, że trafię, co roku mamy z tym problem i błądzimy po alejkach. We wtorek jedziemy z M. do moich rodziców na obiad, potem na cmentarz, do moich dziadków na kawę i pewnie do rodziców M., także zapowiada się rodzinnie. I zamierzam sobie odpocząć, przynajmniej do środy. I mam nadzieję, że pogoda będzie nieco bardziej słoneczna i znośna.
czwartek, 27 października 2011
Przyjaciele są po to, by nas wspierać, mimo wszystko.
Po wczorajszych zajęciach po raz kolejny przekonałam się, że nie warto. Nie warto ufać. Kiedy w końcu komuś zaczynam ufać, on daje mi tysiąc powodów, dla których nie powinnam. Bo przyjaciele są po to, a przynajmniej powinni być po to, by nas wspierać, mimo wszystko. Dzisiejsze zachowanie A. pokazało mi jak bardzo się co do niej pomyliłam. Jak widać nie potrafiła zrozumieć, że źle się czułam na wczorajszych zajęciach i dlatego wróciłam wcześniej do domu, bo męczyłam się tam. Dziś słowem się do mnie nie odezwała, stać ją było jedynie na sms-a, że zachowałam się jak rozkapryszona nastolatka. A z tego co widzę, to jej zachowanie jest co najmniej dziecinne - zamiast porozmawiać, lepiej się obrazić i nie odzywać ani słowem. Można i tak. No trudno.
To nie dla mnie!
Stałam przed lustrem na sali i widziałam zakompleksioną Niebieskooką, któa z każdym ruchem podobała się sobie coraz mniej, z minuty na minutę, nie miałam ochoty patrzeć na siebie. To było okropne uczucie, czułam się fatalnie. Stałam pośród dziewczyn próbując naśladować ich ruchy, bezskutecznie. Nie nadążałam, nie wiedziałam kiedy jaki krok, Może gdybym była tam od początku, może wyglądałoby to trochę inaczej. Swoją drogą mogłam przewidzieć, że to nie dla mnie i uniknęłabym kompromitacji. Uciekłam stamtąd, jak przestępca, ale wiedziałam, że jeśli tam zostanę, to pogrążę się jeszcze bardziej. Porażka na całej linii.
Teraz wiem, że najlepszym rozwiązaniem dla mnie jest siłownia i trzeba było od razu się tam zapisać zamiast kombinować. No cóż człowiek uczy się na błędach, tylko coś czuję, że ja mój błąd będę musiała długo odchorować.
Teraz wiem, że najlepszym rozwiązaniem dla mnie jest siłownia i trzeba było od razu się tam zapisać zamiast kombinować. No cóż człowiek uczy się na błędach, tylko coś czuję, że ja mój błąd będę musiała długo odchorować.
poniedziałek, 24 października 2011
Coś nowego.
Po piątkowej wizycie u mojej nowej Pani Doktor byłam pod ogromnym wrażeniem! Cała wizyta trwała godzinę, co w porównaniu z poprzednimi pięciominutowymi wizytami u mojego poprzedniego lekarza, robi ogromną różnicę. I w końcu poczułam się i uwierzyłam, że dam radę. Ostatnio byłam już tak przemęczona, że na samo słowo 'dieta' miałam dość! Teraz, dzięki zmianie lekarza, odzyskałam moje pozytywne nastawienie! Pani doktor przeprowadziła ze mną szczegółowy wywiad, co lubię, a czego nie lubię. Wczoraj przysłała mi na mejla dietę, specjalnie opracowaną dla mnie. Po moich poprzednich doświadczeniach byłam gotowa na wszystko, a i tu mile się rozczarowałam... spaghetti, mięso z kurczaka duszone z warzywami, zupa krem z marchewki, kurczak po meksykańsku... i aż się chce być na takiej diecie! Oczywiście wszystko ograniczone kalorycznie, ale naprawdę nie sposób głodować na takiej diecie. Dziś dzień pierwszy, a i z każdym kolejnym dniem będzie coraz lepiej! Dziś na obiadek sałatka z kurczakiem:) pycha! I oczywiście ruch. Dziś, szczęśliwym trafem, znalazłam w skrzynce na listy ulotkę "Zumba fitness". Zafascynowana nazwą, weszłam na podany adres www i nakręciłam się jeszcze bardziej! Na pierwsze zajęcia idę w środę, zapoznawczo, a jak mi się spodoba (mam taką nadzieję!) to będę chodzić dwa razy w tygodniu. Myślę jeszcze intensywnie o odkurzeniu moich kijków do nordic walking i można robić rundki po osiedlu. Zaopatrzyłam się też w wagę, bo muszę ważyć się co tydzień i przesyłać 'raporty' mojej Pani Doktor. Już dawno nie było we mnie tyle pozytywnej energii! I czuję, że czas zmienić moje monotonne życie!
czwartek, 20 października 2011
Mam!
Czasami nie nadążam sama za sobą. Czasami mam sama siebie dość. Czasami podziwiam samą siebie. Jakieś kilkanaście minut temu, rozmawiając z moją mamą przez telefon, jeszcze nie byłam przekonana. Za to teraz jestem już prawie pewna i chyba mam już temat mojej pracy licencjackiej. Jeszcze sama w to nie wierzę, jeszcze to wszystko wydaje się być zbyt świeże, zbyt nierealne. A jednak. Musiałam się tutaj tym pochwalić. Bo jak nie tutaj, to gdzie? Czeka mnie teraz upewnienie się w przekonaniu, że to jest właśnie to, przedstawienie tematu mojemu promotorowi i szukanie bibliografii a to chyba będzie najtrudniejsze. No cóż, póki co idę się przespać z tą myślą, a uwierzcie mi, że zaśnięcie teraz będzie dla mnie nie lada wyzwaniem.
środa, 19 października 2011
Czasami mam ochotę zostawić to wszystko, a zaraz potem przychodzi myśl, że przecież włożyłam w to dużo serca, że przecież tak bardzo mi zależało, że czułam się naprawdę sobą. Może właśnie dlatego jeszcze tu piszę. Bo jakoś mi żal odciąć się od tego blogowego świata i nie pisać wcale.
Macie rację, dam radę, bo przecież innej opcji nie ma. Tylko szkoda, że czasem brak mi wiary w samą siebie, że za szybko się poddaję.
Mam dziś dzień wolny i planuję pouczyć się na test ze słówek i przetłumaczyć tekst na translację. Plany ambitne i mam nadzieję, że nie zdezerteruję. Bynajmniej pogoda za oknem nie zachęca nawet do wstania z łóżka.
I mam równie ambitny plan na weekend - jeden dzień przeznaczam tylko na przebywanie z Nim, o ile będzie to możliwe, bo i nauki mam sporo.
Macie rację, dam radę, bo przecież innej opcji nie ma. Tylko szkoda, że czasem brak mi wiary w samą siebie, że za szybko się poddaję.
Mam dziś dzień wolny i planuję pouczyć się na test ze słówek i przetłumaczyć tekst na translację. Plany ambitne i mam nadzieję, że nie zdezerteruję. Bynajmniej pogoda za oknem nie zachęca nawet do wstania z łóżka.
I mam równie ambitny plan na weekend - jeden dzień przeznaczam tylko na przebywanie z Nim, o ile będzie to możliwe, bo i nauki mam sporo.
poniedziałek, 17 października 2011
Chyba już nikt mnie tu nie odwiedza. Chyba się wypaliłam, lub po prostu mam za dużo nauki. Uwielbiam moją ciągłą sesję. I co z tego, że się uczę, że dostaję piątki... nie odczuwam z tego większej satysfakcji. Brakuje mi wakacji, a pomyśleć, że dopiero co się skończyły.
Jutro kolejny test ze słówek, a ja siedzę bezczynnie patrząc w notatki i zupełnie nie mam ochoty tego ruszać. Niby miałam weekend, ale co z tego, jeśli w ogóle go nie odczułam. Tak bym chciała wyjechać, na przykład w góry. Wyjść na balkon w hotelowym pokoju i zaciągnąć się świeżym powietrzem.
Nie czuję już tych studiów, tego kierunku. I w tym też się już wypaliłam. Czeka mnie pisanie licencjatu, tematu nadal brak i zero jakichkolwiek pomysłów, żadnego punktu odniesienia.
I nie wiem kiedy znów napiszę. Póki co, nie czuję tego. Niczego już nie czuję. Przepraszam.
I jedynie On jest mojego życia powodem. Jak dobrze, że jest.
Jutro kolejny test ze słówek, a ja siedzę bezczynnie patrząc w notatki i zupełnie nie mam ochoty tego ruszać. Niby miałam weekend, ale co z tego, jeśli w ogóle go nie odczułam. Tak bym chciała wyjechać, na przykład w góry. Wyjść na balkon w hotelowym pokoju i zaciągnąć się świeżym powietrzem.
Nie czuję już tych studiów, tego kierunku. I w tym też się już wypaliłam. Czeka mnie pisanie licencjatu, tematu nadal brak i zero jakichkolwiek pomysłów, żadnego punktu odniesienia.
I nie wiem kiedy znów napiszę. Póki co, nie czuję tego. Niczego już nie czuję. Przepraszam.
I jedynie On jest mojego życia powodem. Jak dobrze, że jest.
sobota, 15 października 2011
Weekendowo.
Wszystko wygląda dziś o wiele lepiej niż ostatnio. Fakt, zapowiada mi się pracowity tydzień, łącznie z weekendem, ale chyba jakoś udało mi się wszystko poukładać i póki co światełko w tunelu jest.
W czwartek, z racji tego, że jesteśmy już wszystkie cztery w mieszkaniu, wybrałyśmy się na wspólną imprezę. Miejsce było Nam bliżej nieokreślone, wyszło spontanicznie i nawet całkiem przyjemnie, poza jednym faktem iż założyłam buty na bose stopy i strasznie je sobie pokaleczyłam... ale cóż, grunt, że się udało.
Piątek spędziłam głównie robiąc cotygodniowe porządki. Swoją drogą, jak przez jeden tydzień można nabałaganić! Ba, mi wystarczy 5 minut! Ale bałagan został szybko okiełznany.
A dziś z racji, że miałam korki w mojej miejscowości, z samego rana przyjechałam do domu. Zdążyłam już dokończyć wypisywanie słówek na test z translacji i czekam za M. i wracamy do mieszkania. I niestety czeka mnie samotny weekend, bo M. jedzie dziś do Warszawy i wraca jutro po południu.
No cóż to tylko jeden wieczór, jakoś wytrzymamy, a i będę miała więcej czasu, żeby się nauczyć i większą motywację, by jutrzejsze popołudnie spędzić z Nim.
W czwartek, z racji tego, że jesteśmy już wszystkie cztery w mieszkaniu, wybrałyśmy się na wspólną imprezę. Miejsce było Nam bliżej nieokreślone, wyszło spontanicznie i nawet całkiem przyjemnie, poza jednym faktem iż założyłam buty na bose stopy i strasznie je sobie pokaleczyłam... ale cóż, grunt, że się udało.
Piątek spędziłam głównie robiąc cotygodniowe porządki. Swoją drogą, jak przez jeden tydzień można nabałaganić! Ba, mi wystarczy 5 minut! Ale bałagan został szybko okiełznany.
A dziś z racji, że miałam korki w mojej miejscowości, z samego rana przyjechałam do domu. Zdążyłam już dokończyć wypisywanie słówek na test z translacji i czekam za M. i wracamy do mieszkania. I niestety czeka mnie samotny weekend, bo M. jedzie dziś do Warszawy i wraca jutro po południu.
No cóż to tylko jeden wieczór, jakoś wytrzymamy, a i będę miała więcej czasu, żeby się nauczyć i większą motywację, by jutrzejsze popołudnie spędzić z Nim.
środa, 12 października 2011
'Panie Boże, zatrzymaj Ziemię, ja wysiadam'.
Po dzisiejszym dniu mogę zdecydowanie powiedzieć, że mam dosyć. Kiedyś, będąc jeszcze dzieckiem, przeczytałam na murze napis 'Panie Boże, zatrzymaj Ziemię, ja wysiadam'. Dziś dokładnie rozumiem sens tych słów i mam przeogromną ochotę to powiedzieć. Wszystkie uczelniane sprawy skumulowały się w jedną wielką całość, która przytłacza mnie nie pozostawiając żadnego światełka w tunelu. Przede mną kartki na translację ze słówkami, które przecież i tak nigdy mi się nie przydadzą, w perspektywie trzy testy ze słówek, uwierający coraz bardziej brak tematu pracy licencjackiej i wszystkie inne, mniej lub bardziej dobijające kwestie. Chciałabym usiąść i płakać, ale nawet na to nie mam już dziś siły. Kiedy byłam dzieckiem, wydawało mi się, że moje problemy są monstrualnych rozmiarów - teraz, po latach wiem jak bardzo się myliłam. I tak bardzo chciałabym mieć te moje dziecięce problemy, zamiast tych obecnych.
Poza tym, cały mój dzisiejszy dzień zdecydowanie nie należy do tych udanych. Począwszy od snu, po którym obudziłam się rano i poczułam jak bardzo chciałabym aby M. był przy mnie, skończywszy na wieczorze spędzonym na tłumaczeniu tekstu, jakże beznadziejnego tekstu, o UE. Chyba tylko sen jest w stanie załagodzić całą tą beznadziejną sytuację. A więc idę spać. Dobranoc.
Poza tym, cały mój dzisiejszy dzień zdecydowanie nie należy do tych udanych. Począwszy od snu, po którym obudziłam się rano i poczułam jak bardzo chciałabym aby M. był przy mnie, skończywszy na wieczorze spędzonym na tłumaczeniu tekstu, jakże beznadziejnego tekstu, o UE. Chyba tylko sen jest w stanie załagodzić całą tą beznadziejną sytuację. A więc idę spać. Dobranoc.
wtorek, 11 października 2011
Kolejny deszczowy dzień.
I jednak jestem tu. Nie, nie zaczynam od nowa, kontynuuję. Jakoś udało mi się to wszystko tutaj przenieść. Mam nadzieję, że tak już zostanie, bo nawet się już tu zadomowiłam. Prawie. Spróbować warto, a kiedy już będę pewna, że chcę tu zostać, usunę bloga na Onecie, a póki co zostawiam oba.
Mam wrażenie, że to nie kwestia poniedziałku, tylko tego deszczu, który pada już drugi dzień i ani mu się śni przestać. Korzystając więc z jutrzejszego wolnego dnia, wybieramy się z A. wyposażyć się w parę kaloszy. I w planach mam zabrać się za tłumaczenie słówek na zbliżający się test.
Generalnie jestem dziś zła. Już jakiś miesiąc temu, jak tylko dostałam w swoje ręce katalog Ikei, znalazłam drewniane szufladki, które od 3 października miały być o połowę tańsze. I czekałam cały wrzesień i... przegapiłam! Promocja trwała do wczoraj! A ja poszłam dziś. Zła byłam strasznie, a właściwie nadal jestem. Specjalnie wzięłam auto od M. i pojechałyśmy z dziewczynami, a tu dupa.
Na uczelni zaczynają się już zaliczenia, ale jestem zadowolona, że zajęcia mam z takimi, a nie innymi wykładowcami. Chyba lepiej trafić nie mogłam. Pozostaje mi nadal do wymyślenia temat pracy licencjackiej, ale póki co nie mam kompletnie do tego głowy, zupełna pustka.
I zmęczona już jestem dzisiejszym dniem. Deszcz zdecydowanie wykradł ze mnie cały dzisiejszy optymizm. I jakoś wszystko mnie drażni, znów.
Mam wrażenie, że to nie kwestia poniedziałku, tylko tego deszczu, który pada już drugi dzień i ani mu się śni przestać. Korzystając więc z jutrzejszego wolnego dnia, wybieramy się z A. wyposażyć się w parę kaloszy. I w planach mam zabrać się za tłumaczenie słówek na zbliżający się test.
Generalnie jestem dziś zła. Już jakiś miesiąc temu, jak tylko dostałam w swoje ręce katalog Ikei, znalazłam drewniane szufladki, które od 3 października miały być o połowę tańsze. I czekałam cały wrzesień i... przegapiłam! Promocja trwała do wczoraj! A ja poszłam dziś. Zła byłam strasznie, a właściwie nadal jestem. Specjalnie wzięłam auto od M. i pojechałyśmy z dziewczynami, a tu dupa.
Na uczelni zaczynają się już zaliczenia, ale jestem zadowolona, że zajęcia mam z takimi, a nie innymi wykładowcami. Chyba lepiej trafić nie mogłam. Pozostaje mi nadal do wymyślenia temat pracy licencjackiej, ale póki co nie mam kompletnie do tego głowy, zupełna pustka.
I zmęczona już jestem dzisiejszym dniem. Deszcz zdecydowanie wykradł ze mnie cały dzisiejszy optymizm. I jakoś wszystko mnie drażni, znów.
poniedziałek, 10 października 2011
Deszczowy poniedziałek.
Nie dość, że poniedziałek, to jeszcze pada - zdecydowanie nie lubię poniedziałków! Zajęcia na uczelni kończę o 18 i jeszcze ten deszcz, a ja jak na złość nie wzięłam parasola... więc można sobie wyobrazić jak wyglądałam po wejściu do domu. Szybki prysznic i puchaty szlafrok uratowały sytuację. I tylko mam nadzieję, że moje przeziębienie do mnie nie wróci!
I teraz przyzwyczaić się muszę do takiej właśnie pogody i do jesiennej chandry, która z pewnością dopadnie mnie nie raz. Nie lubię tego!
Coraz częściej zastanawiam się nad zmianą portalu - wiem, po raz kolejny, ale jakoś ostatnio nic mi tu nie pasuje. Wybredna jestem, wiem. Zastanawiałam się nad założeniem strony internetowej z opcją prowadzenia bloga, ale niestety nie mam o tym większego pojęcia. I dupa.
Dobrze, że między Nami, pomimo wszystkiego, jest dobrze. Tak się cieszę, że Go mam, że akurat Jego. Bo nikt tak na mnie nie działa jak On. Kocham Go.
czwartek, 6 października 2011
Czy ktoś by za mną tęsknił?
Tak sobie myślę, czy gdyby mnie tu nie było, czy ktoś by za mną tęsknił? Czy komuś byłoby brak mojego pisania? Tych kilku zdań pozostawianych w różnych odstępach czasu?
Nie, nie chcę odchodzić. Po prostu, ciągnie mnie do zmian. Wiem, zaczynałam na różnych portalach i wracałam po krótszym lub dłuższym czasie, bo jednak przyzwyczajenie zwyciężało w tej nierównej walce.
Czwartkowy wieczór, z dwóch propozycji wybrałam tą, która mimo wszystko wydała mi się dla mnie najlepsza -pozostanie w domu, słuchanie najnowszego kawałka z mojej kolekcji i czekanie na M., który jeszcze w pracy. Mimo, że nie lubię samotności, wręcz nie cierpię!, czasami lubię moje samotne wieczory, samotne sam na sam... przynajmniej mam czas żeby napisać.
Przeziębienie - póki co to ja jestem górą, mam nadzieję, że dalej się to nie rozwinie, bo wystarczy mi kichanie i smarkanie.
Po miesiącu przerwy, dostałam wczoraj okres. Jakby nie było, z podwójną siłą. Pół nocy nie spałam wiercąc się na łóżku i mam nadzieję, że dziś uda mi się wyspać. A tak na marginesie, czy ciężko jest zrozumieć, że mając okres taki jaki się ma, lepiej zostać w domu niż chodzić po mieście i wrócić z krwotokiem? Czasami mam wrażenie, że tylko ja używam opcji rozsądku.
Na uczelni powoli przyzwyczajam się, oswajam z translacją i innymi przedmiotami. Nadal moje seminarium stoi pod znakiem zapytania, bo niestety nie utworzyli mojego metodycznego seminarium, ale mam nadzieję, że jutro mniej więcej będę wiedzieć na czym stoję.
W mieszkaniu jest już cały komplet, A. wróciła z Anglii, więc myślę, że teraz wszyscy musimy się dotrzeć i mam nadzieję, że wszystko obejdzie się bez większych problemów.
poniedziałek, 3 października 2011
I mamy poniedziałek.
I mamy poniedziałek. Nowy semestr rozpoczęty. Wróciłam z uczelni, wzięłam prysznic i siedzę przed komputerem z gorącym gripex'em :/ niestety, chyba mnie łapie jakieś przeziębienie, ale mam nadzieję, że uda mi się go pozbyć zanim zaatakuje większą część mnie. A to wszystko przez tą pogodę! Rano i wieczorem jest masakrycznie zimno, a w dzień rozpływam się od tego ciepła. I jak tu nie być chorym? Nawet nie wiem jak się ubrać! W słońcu za ciepło, w cieniu za zimno. Generalnie dzisiaj raz mi było potwornie gorąco, po chwili strasznie zimno. I tak moje jutrzejsze zajęcia stoją pod znakiem zapytania, ale mam nadzieję, że nie rozłożę się do końca.
W dzień moich urodzin obudziłam się w paskudnym humorze. Myślałam, że M. straci do mnie swoją cierpliwość. Nic mi nie pasowało. Ale udało się M. wyciągnąć mnie do sklepu i pomogła mi miska lodów bakaliowych z bakaliami:) i wbrew pozorom, dzień minął Nam całkiem sympatycznie. Pojechaliśmy do rodziców, mama upiekła mi szarlotkę:) a wieczorem razem z Ma. oglądaliśmy Mam talent i The voice of Poland popijając martini z colą. A i tak moje dziewczyny zapowiedziały mi imprezę, jak już będziemy w komplecie, bo dopiero jutro dołącza do nas A., która wraca z Anglii.
W niedzielę, wybraliśmy się z M. poszukać dla mnie buty. Myślałam, że już nic nie kupię... wszystko albo na wysokim obcasie albo na koturnie, a mi się marzyły zwykłe botki na jesień, na płaskiej podeszwie i takie, o dziwo!, udało mi się znaleźć. Także weekend mieliśmy naprawdę udany.
Za to dziś, po zajęciach na uczelni padam. Trochę czasu chyba minie zanim się przyzwyczaję i przestawię. Na szczęście obędzie się bez wstawania na 8 rano. Chociaż jakiś plus tego mojego planu. Ale poza tym, chyba nie mam na co narzekać.
Zapowiada się wieczór z gripex'em. Mam nadzieję, że M. zrozumie, że ta konkurencja jest konieczna.
piątek, 30 września 2011
Stoję z boku i patrzę jak pod nogami zawala mi się grunt.
Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów nie mogłam nic napisać. Pustka, chociaż tak naprawdę wiele się działo. Moja nieobecność była spowodowana m.in. przeprowadzką i brakiem dostępu do sieci, a potem brakiem czasu i pustką.
Czuję się jakby 'coś' niszczyło wszystko to, z czego składa się ta bardziej optymistyczna część mnie. Widzę to, a mimo wszystko nie robię nic. Biernie się temu przyglądam i mimowolnie zatracam się.
Nie chodzę już do mojego lekarza. Nie biorę leków. Straciłam motywację. I czuję jak wracam do punktu wyjścia, na własne życzenie. Przeraża mnie to.
To już jakby nie patrzeć tydzień od Naszej przeprowadzki. Dokładnie tydzień temu wnosiłyśmy z Ma. te wszystkie ciężkie kartony, pudła, torby. Dokładnie tydzień temu spędziliśmy z M. pierwszą noc w Naszych nowych, czterech ścianach. Cały weekend zajęło mi rozpakowywanie naszych rzeczy. Po jednym dniu z przerażeniem odkryłam, że skończyło mi się miejsce, a przecież jeszcze tyle rzeczy zostało! Pojechaliśmy z M. do Ikei i kupiliśmy dwie nocne szafki, które uratowały całą sytuację. I Nasze cztery ściany, choć nieco mniejsze od poprzednich, mają się znacznie lepiej, a całość wygląda jak przytulna sypialnia. Jestem zadowolona z efektu końcowego, aczkolwiek jeszcze mi brakuje ramek na ścianach i korkowej tablicy, które już niebawem, mam nadzieję, się pojawią.
Jeszcze nie zdążyłam pochwalić się Wam moim nowym nabytkiem, a już przyszło mi się z nim, a właściwie z Nią, rozstać. W niedzielę wybraliśmy się z M. do zoologicznego. Po tym jak uciekł Nam Franio, postanowiliśmy z M. kupić sobie drugie stworzonko, kiedy się już przeprowadzimy. I kupiliśmy - samiczkę, miała 9 tygodni, miało szara, o wiele mniejsza od F., ale też o wiele młodsza. Była przecudna. Co do imienia, nie miałam dużych wątpliwości - Tusia, i już. Wsadziliśmy Nasz nowy nabytek do klatki. W porównaniu do F., o wiele szybciej 'zapoznała się' ze swoim nowym mieszkankiem. Wspinała się po klatce, biegała w karuzeli, nawet już pierwszego dnia piła z poidełka! Zaczęłam odliczać dni, do momentu kiedy mogłabym już spróbować ją pomału oswajać. Gdzieś koło wtorku, zauważyłam, że mała śpi prawie cały czas. Już wtedy powinna zapalić mi się żółta lampka, ale stwierdziłam, że przecież ma dopiero niecałe 10 tygodni, więc takie maleństwa pewnie potrzebują więcej snu. I dopiero wczoraj, kiedy Tusia wyszła z domku, zwróciłam na Nią uwagę. Była zdecydowanie osłabiona, kiedy próbowała wejść po drabince spadła z niej, przewróciła się i nie miała siły się podnieść. Wtedy z przerażeniem wzięłam ją na ręce - nie protestowała. Wyczuwałam, że dzieje się coś złego. Próbowałam dać jej pić, ale nie chciała. Odłożyłam ją do klatki. Nawet się nie ruszyła. Tylko widziałam jak ciężko i powoli oddycha. Kiedy M. wrócił z pracy, zabraliśmy Tusię do weterynarza. Ale było już za późno. Była za mała, za słaba, wyziębiona i prócz tego, że jeszcze oddychała, nie reagowała na żadne bodźce. Lekarz powiedział, że można spróbować antybiotykiem, ale jak na tak małe zwierzątko szanse są praktycznie zerowe. I zapytał, czy decydujemy się na uśpienie. Już ze łzami w oczach przytaknęłam i podpisałam oświadczenie. Ale kiedy lekarz zapytał, czy chcemy być przy zabiegu, rozpłakałam się niesamowicie. Wyszliśmy z gabinetu. Nie dane było mi się z nią pobawić, nawet nie zdążyłam się nią nacieszyć, a już od Nas odeszła. Wierzę, że moja decyzja była słuszna - najprawdopodobniej zaoszczędziłam Jej jeszcze większego cierpienia. Po Jej stracie, już chyba nie zdecyduję się na kolejne zwierzątko. Ten widok, kiedy leżała z przymkniętymi oczami w bezruchu był okropny, serce mi pękało.
Nie mam siły pisać dalej. Nie dziś. Czuję, że wszystko wymyka mi się spod kontroli i głupia, nie robię z tym nic. Jutrzejsze urodziny w ogóle mnie nie cieszą, jakby to był kolejny, zwykły dzień.
29.09.2011 [*] Tusia - 10 tygodni.
czwartek, 22 września 2011
Zmiany nadchodzą wielkimi...
Zmiany nadchodzą wielkimi krokami! Dziś już przewiozłam sobie kilka pudełek do nowego mieszkania, ale w moim starym pokoju rzeczy nie ubyło mimo to. Więc czeka mnie akcja 'pakowanie'. A i to teraz stanęło pod ogromnym znakiem zapytania.... Dlaczego? Otóż, ledwo uporałam się z jednym zębem, wczoraj zaczął boleć mnie drugi. Przypadek? Złośliwość! Akurat teraz, kiedy chciałabym się w pełni zająć przeprowadzką, nie mogę. Pewnie jeszcze dziś zasiądę na dentystycznym fotelu, i już widzę co sobie pan A. pomyśli jak mnie znów zobaczy. Tak więc jeśli dziś wyrwie mi drugiego zęba, to nie wiem w jakiej będę formie... a jeszcze muszę pojechać autem po M. do pracy... i nie wiem czy będę w stanie.
Jeszcze jakby mi było mało dziś w nocy wstając z łóżka po pilot od tv potknęłam się i upadłam tak niefortunnie, że rozwaliłam sobie górną wargę od wewnątrz i od zewnątrz. Więc mam nadzieję, że limit na nieszczęśliwe wypadki już wyczerpałam.
Wczoraj w końcu wybrałam się z bratem na squash'a. Było super! Trochę mi zajęło rozgrzanie się i może jeszcze nie wszystko robię tak, jak się powinno, ale wkręciłam się i na pewno będę chodzić częściej. No ale żeby nie było zbyt kolorowo, zakwasy są. Głównie ramiona, szyja i plecy, ale mam nadzieję, że to tylko kwestia wprawy.
No i doczekać się nie mogę Naszej przeprowadzki, może już jutro lub najdalej w sobotę będziemy spać w Naszych nowych czterech ścianach.
A póki co, przygotowuję się psychicznie na wizytę u zębologa. Trzymajcie kciuki!
poniedziałek, 19 września 2011
Zapach nocy.
Wieczorne pisanie jednak wychodzi mi najlepiej. Odzwyczaiłam się od niego i wiem, jak wiele straciłam. Bo najlepsze 'dzieła' powstają właśnie nocą, kiedy za oknem już ciemno i nie słyszysz już prawie nic. Wyszłam na balkon i nie wiedzieć czemu zaciągnęłam się, głęboko, tą mieszanką deszczu, chłodu i mgły. Uwielbiam ten zapach. Tak długo na niego czekałam. I nawet papieros smakuje dziś inaczej.
Posłusznie melduję, że szwy zdjęte. Nie bolało, mimo moich obaw. I żałuje, że się naczytałam tych wszystkich bzdur w Internecie. A rana boli już mniej, choć nadal przypomina mi o sobie. W piątek miałam chwile zwątpienia, pojechałam na kontrolę, ale lekarz mnie uspokoił - boleć musi, bo to był ciężki zabieg, a wszystko goi się tak, jak powinno. Więc może być już tylko lepiej.
W piątek wybrałam się Ma. na zakupy do Ikei. I choć jeszcze brakuje mi kilku rzeczy z mojej niekończącej się listy, zakupy jak najbardziej udane. A po powrocie naszła nas ochota na zapiekanki:) oczywiście własnej roboty.
Mieliśmy przeprowadzać się dopiero za tydzień, ale przeprowadzamy się już w ten weekend. Doczekać się nie mogę. Powoli zaczynam ogarniać, porządkować i redukować to, czego tak naprawdę nie potrzebuję. Bo jakby nie patrzeć zaczynamy z M. nowy rozdział i nie chcę wnosić w niego nic, co nie będzie mi potrzebne. No i powoli zaczynamy się pakować. I odliczać dni.
A dziś, zrobiło się u mnie muzycznie, przesłuchałam wszystkie występy z 'must be the music' i 'the voice of poland' z nowej edycji i mało mi. Czuję niedosyt.
M. już śpi, o czym przypomina mi od czasu do czasu Jego chrapanie. I chyba pójdę w Jego ślady, choć tak naprawdę kusi mnie by znów wyjść na balkon i upić się zapachem nocy. Dobranoc.
środa, 14 września 2011
Minęło pięć dni...
Minęło pięć dni i uzbierało się kilka spraw, o których chciałabym Wam napisać. Więc może od początku...Cały weekend, pomimo moich obaw, był dość ciepły, także było sympatycznie. Powiedzmy, że jak na dwa dni zdążyłam nacieszyć się M. tak, jak mogłam - pomimo bolącego zęba.
W poniedziałek doczekałam się w końcu wpisów i tym samym dowiedziałam się jaką dostałam ocenę. Kamień spadł mi z serca, kiedy w indeksie zobaczyłam piękną czwórkę. W końcu mogę spokojnie zapomnieć o mojej 'zmorze'. Po południu udało mi się spotkać z moją koleżanką z gimnazjum. Miał być spacer, a w rzeczywistości jeszcze posiedziałam trochę u Niej. K. mieszka w Poznaniu ze swoją córeczką i ma niezbyt wesołą sytuację. Jest mi jej tak żal, a kompletnie nie wiem jak jej pomóc. Czułam się taka bezradna. Dobrze, że A. jest na tyle mała, że nie rozumie co się dzieje. Nie chce się tu za wiele rozpisywać. Po prostu smutne jest to, że dobrzy ludzie mają w życiu pod górkę. Trzymam za nią kciuki i mam nadzieję, że jeszcze będzie szczęśliwa.
We wtorek udało mi się ponownie spotkać z Mamą Amelki. Już powoli czuję, że zaczynam uzależniać się od tych spotkań :) szkoda tylko, że był to jedyny miły akcent tego dnia, bo potem czułam już tylko ból. Po spotkaniu z N. pojechałam na umówioną wcześniej wizytę u dentysty w związku z moim bolącym zębem. W poniedziałek, w pełni przekonana, że boli mnie prawa, dolna szóstka, pojechałam do dentysty. Jak się okazało to nie szóstka a ósemka daje się we znaki. Zrobili mi prześwietlenie i wyszło szydło z wora. Nie dość, że ząb był tylko częściowo widoczny, to korzenie były masakrycznie długie. I jakby tego było mało, ząbek zamiast rosnąć pionowo do góry, to rósł sobie w poprzek. Bajecznie. Więc umówiłam się na wyrwanie tej mojej nieszczęsnej ósemki. No i pojechałam we wtorek. Dentysta-chirurg był na tyle sympatyczny, że tylko momentami się bałam i w dodatku wyglądał na bardzo kompetentnego. Obcokrajowiec, z miłym akcentem (chyba Włoch) i bardzo przystojny - szkoda tylko, że tak bolało. Generalnie przez cały zabieg nie czułam bólu. Bardziej bałam się odgłosów, jak mi coś wkręcali, ciągnęli, głowa chodziła mi na boki. Na samym początku dostałam znieczulenie. A potem się zaczęło. Dopiero pod koniec zaczęłam odczuwać ogólny ból - bolała mnie już szczęka i wszystko miałam obolałe. Przez cały zabieg byłam pewna, że nic mi nie rozcinali i do teraz nie wiem, kiedy to zrobił, bo dowiedziałam się dopiero, gdy usłyszałam 'pani Grażynko, będziemy szyć'. I tylko to szycie było już bardziej nieprzyjemne. Oczywiście dostałam szereg wskazówek, receptę z antybiotykiem i lekiem przeciwbólowym. I tak się pozbyłam chirurgicznie mojej ósemki. W efekcie opuchnięta buzia, niesamowity ból, cztery szwy i portfel lżejszy o kilka stówek, bo niestety musiałam iść prywatnie, czego nie żałuję ani trochę! Wiem, że byłam w rękach fachowca - dawał mi to odczuć przez całą godzinę, bo tyle to wszystko trwało. Przypadek skomplikowany, a pomyśleć, że wszystkie moje ósemki tak wyglądają. W najbliższym czasie czeka mnie pozbycie się szóstki, ale mam nadzieje, że to już pójdzie lepiej.
Póki co, jem deserki i obiadki dla dzieci, bo jedynie taka konsystencja jest do przyjęcia. Ból raz mniejszy raz większy, ale generalnie jakoś wytrzymuję, choć łatwo nie jest. No i cały prawy bok mnie boli, łącznie z przełykaniem czegokolwiek. No i za tydzień do zdjęcia szwów.
W poniedziałek doczekałam się w końcu wpisów i tym samym dowiedziałam się jaką dostałam ocenę. Kamień spadł mi z serca, kiedy w indeksie zobaczyłam piękną czwórkę. W końcu mogę spokojnie zapomnieć o mojej 'zmorze'. Po południu udało mi się spotkać z moją koleżanką z gimnazjum. Miał być spacer, a w rzeczywistości jeszcze posiedziałam trochę u Niej. K. mieszka w Poznaniu ze swoją córeczką i ma niezbyt wesołą sytuację. Jest mi jej tak żal, a kompletnie nie wiem jak jej pomóc. Czułam się taka bezradna. Dobrze, że A. jest na tyle mała, że nie rozumie co się dzieje. Nie chce się tu za wiele rozpisywać. Po prostu smutne jest to, że dobrzy ludzie mają w życiu pod górkę. Trzymam za nią kciuki i mam nadzieję, że jeszcze będzie szczęśliwa.
We wtorek udało mi się ponownie spotkać z Mamą Amelki. Już powoli czuję, że zaczynam uzależniać się od tych spotkań :) szkoda tylko, że był to jedyny miły akcent tego dnia, bo potem czułam już tylko ból. Po spotkaniu z N. pojechałam na umówioną wcześniej wizytę u dentysty w związku z moim bolącym zębem. W poniedziałek, w pełni przekonana, że boli mnie prawa, dolna szóstka, pojechałam do dentysty. Jak się okazało to nie szóstka a ósemka daje się we znaki. Zrobili mi prześwietlenie i wyszło szydło z wora. Nie dość, że ząb był tylko częściowo widoczny, to korzenie były masakrycznie długie. I jakby tego było mało, ząbek zamiast rosnąć pionowo do góry, to rósł sobie w poprzek. Bajecznie. Więc umówiłam się na wyrwanie tej mojej nieszczęsnej ósemki. No i pojechałam we wtorek. Dentysta-chirurg był na tyle sympatyczny, że tylko momentami się bałam i w dodatku wyglądał na bardzo kompetentnego. Obcokrajowiec, z miłym akcentem (chyba Włoch) i bardzo przystojny - szkoda tylko, że tak bolało. Generalnie przez cały zabieg nie czułam bólu. Bardziej bałam się odgłosów, jak mi coś wkręcali, ciągnęli, głowa chodziła mi na boki. Na samym początku dostałam znieczulenie. A potem się zaczęło. Dopiero pod koniec zaczęłam odczuwać ogólny ból - bolała mnie już szczęka i wszystko miałam obolałe. Przez cały zabieg byłam pewna, że nic mi nie rozcinali i do teraz nie wiem, kiedy to zrobił, bo dowiedziałam się dopiero, gdy usłyszałam 'pani Grażynko, będziemy szyć'. I tylko to szycie było już bardziej nieprzyjemne. Oczywiście dostałam szereg wskazówek, receptę z antybiotykiem i lekiem przeciwbólowym. I tak się pozbyłam chirurgicznie mojej ósemki. W efekcie opuchnięta buzia, niesamowity ból, cztery szwy i portfel lżejszy o kilka stówek, bo niestety musiałam iść prywatnie, czego nie żałuję ani trochę! Wiem, że byłam w rękach fachowca - dawał mi to odczuć przez całą godzinę, bo tyle to wszystko trwało. Przypadek skomplikowany, a pomyśleć, że wszystkie moje ósemki tak wyglądają. W najbliższym czasie czeka mnie pozbycie się szóstki, ale mam nadzieje, że to już pójdzie lepiej.
Póki co, jem deserki i obiadki dla dzieci, bo jedynie taka konsystencja jest do przyjęcia. Ból raz mniejszy raz większy, ale generalnie jakoś wytrzymuję, choć łatwo nie jest. No i cały prawy bok mnie boli, łącznie z przełykaniem czegokolwiek. No i za tydzień do zdjęcia szwów.
piątek, 9 września 2011
W kalendarzu skrupulatnie...
W kalendarzu skrupulatnie skreślam dni, jeszcze tylko trzy tygodnie. Już nie mogę się doczekać tych Naszych nowych czterech ścian. To będą długie trzy tygodnie.
Od kilku dni mam wrażenie, że za oknem mamy klasyczną jesień - szaro, buro i zimno. Okropnie. I jeśli cały weekend ma być taki, to ja dziękuję bardzo.
M. ostatnio całe dnie pracuje, czekam na weekend i chwile, kiedy będę mogła z Nim pobyć. Kiedy wraca wieczorem z pracy, jest zmęczony, praktycznie od razu idzie spać. Mam nadzieję, że uda Nam się nacieszyć sobą przez te dwa dni.
We wtorek spędziłam pół dnia u Gabi i B., poszłyśmy na spacer po rezerwacie. Mała jest taka pocieszna, niedługo skończy rok, ani się obejrzeć jak będzie sama chodzić, a już wszędzie jej pełno a co dopiero jak zmieni sposób przemieszczania się z raczkowania na chodzenie, a raczej bieganie.
W środę w końcu udało mi się spotkać z Mamą Amelki, i to było bardzo miłe, babskie popołudnie i mam nadzieję, że nie ostatnie. Czasami brakuje mi takich właśnie dni jak ten.
Na najbliższe dni planów brak. W między czasie godzinka korepetycji na mieście. Poza tym dziś zabrałam się za przegląd moich ciuchów i takim sposobem mam całą dość sporą torbę do wywiezienia do rodziców.
I tak się złożyło, że w końcu dorobię się płaskiego monitora do kompa. Cieszę się ogromnie, bo ten klocek zaczął być już uciążliwy - jest ciężki i zabiera sporo miejsca. W sam raz na nowe mieszkanie. A wracając jeszcze do mieszkania, przez chwilę mieliśmy się przeprowadzać już jutro, ale po przemyśleniu wszystkiego dwa razy doszliśmy do wniosku, że jednak lepiej Nam poczekać do końca miesiąca, szczególnie, że właścicielka od kiedy dowiedziała się, że jednak się wyprowadzamy, wydaje się być złośliwa w stosunku do Nas. A jakby nie patrzeć, to ona zmienił front i naszą wyprowadzkę ma jakby trochę na własne życzenie. I pomyśleć, że tylko trzy tygodnie i będę mogła spokojnie odetchnąć.
Od kilku dni mam wrażenie, że za oknem mamy klasyczną jesień - szaro, buro i zimno. Okropnie. I jeśli cały weekend ma być taki, to ja dziękuję bardzo.
M. ostatnio całe dnie pracuje, czekam na weekend i chwile, kiedy będę mogła z Nim pobyć. Kiedy wraca wieczorem z pracy, jest zmęczony, praktycznie od razu idzie spać. Mam nadzieję, że uda Nam się nacieszyć sobą przez te dwa dni.
We wtorek spędziłam pół dnia u Gabi i B., poszłyśmy na spacer po rezerwacie. Mała jest taka pocieszna, niedługo skończy rok, ani się obejrzeć jak będzie sama chodzić, a już wszędzie jej pełno a co dopiero jak zmieni sposób przemieszczania się z raczkowania na chodzenie, a raczej bieganie.
W środę w końcu udało mi się spotkać z Mamą Amelki, i to było bardzo miłe, babskie popołudnie i mam nadzieję, że nie ostatnie. Czasami brakuje mi takich właśnie dni jak ten.
Na najbliższe dni planów brak. W między czasie godzinka korepetycji na mieście. Poza tym dziś zabrałam się za przegląd moich ciuchów i takim sposobem mam całą dość sporą torbę do wywiezienia do rodziców.
I tak się złożyło, że w końcu dorobię się płaskiego monitora do kompa. Cieszę się ogromnie, bo ten klocek zaczął być już uciążliwy - jest ciężki i zabiera sporo miejsca. W sam raz na nowe mieszkanie. A wracając jeszcze do mieszkania, przez chwilę mieliśmy się przeprowadzać już jutro, ale po przemyśleniu wszystkiego dwa razy doszliśmy do wniosku, że jednak lepiej Nam poczekać do końca miesiąca, szczególnie, że właścicielka od kiedy dowiedziała się, że jednak się wyprowadzamy, wydaje się być złośliwa w stosunku do Nas. A jakby nie patrzeć, to ona zmienił front i naszą wyprowadzkę ma jakby trochę na własne życzenie. I pomyśleć, że tylko trzy tygodnie i będę mogła spokojnie odetchnąć.
niedziela, 4 września 2011
Przebłyski.
Ostatnie dni i te wszystkie mniej lub bardziej 'chore' sytuacje wypompowały ze mnie wszystkie pozytywne emocje, które na szczęście już powracają.
Było ciężko, nawet bardzo. Czułam się nijak, jakby cały świat walił mi się na głowę, jakby wszystko było przeciwko mnie. Na szczęście, myślę, że to wszystko już za mną, za Nami.
Egzamin z literatury angielskiej za mną. Czekam na wyniki do 12 września. Ale po raz pierwszy czułam się dobrze, po wyjściu z egzaminu, czułam, że poszło mi dobrze i mam nadzieję, że i taka będzie też ocena - adekwatna do tego, co napisałam i do mojego samopoczucia.
Więc teraz przede mną ostatni miesiąc wakacji i powoli zaczynam segregować rzeczy i szykować się do przeprowadzki. Coś nie dane Nam jest zagrzać nigdzie miejsca na dłużej, no cóż, nie wszystko jest zależne od Nas. Nie nasza wina, że trafiliśmy tak, jak trafiliśmy. Od piątku w mieszkaniu jesteśmy tylko My. Mieliśmy czas, ja miałam czas by wszystko przeanalizować. I wiecie co? Mimo, że z K. od kilku dni się 'poprawiło' (czyt. nie robi awantur) i w jakiś sposób atmosfera w domu się oczyściła, teraz jak jej nie ma, jest mimo wszystko o niebo lepiej! Dzięki jej nieobecności w końcu się przekonałam, że jednak ciężko będzie z nią mieszkać, ze względu na 'atmosferę', która mimo poprawy z jej strony nie była 'przyjazna'. I też nikt nie daje mi gwarancji, że pomiędzy pisaniem jednego a drugiego rozdziału pracy licencjackiej znów nie zrobi o coś wojny, a ostatnie czego będzie mi potrzeba to niepotrzebne nerwy i stres, a i tego będę miała dużo. Więc postanowione. Wyprowadzamy się. I udało Nam się znaleźć całkiem sympatyczne mieszkanie, a co najważniejsze, będziemy mieszkać z dziewczynami, które już znamy:) z Ma., z którą mieszkamy teraz, z P. i z A., z którą studiuję. Także miła atmosfera na pewno będzie i święty spokój przede wszystkim:) I cenowo też nie jest źle - biorąc pod uwagę, że będziemy mieli w końcu wszystko to, czego Nam tutaj brakuje. Więc odliczam dni do końca miesiąca z ogromną niecierpliwością.
Chomik niestety nie wrócił. No cóż, cały czas utwierdzam się w przekonaniu, że na wolności jednak mimo wszystko mu lepiej. Nie chcę brać pod uwagę, żadnych innych wersji. Ta, jak najbardziej mi pasuje. Choć na samą myśl, że już go nie wezmę na ręce, jeszcze robi się smutno i łza w oku się kręci. I po przeprowadzce prawdopodobnie odwiedzę zoologiczny żeby się troszkę pocieszyć :) tym razem chcę samiczkę, długowłosą, i nazwę ją Tusia lub Nela.
czwartek, 1 września 2011
Trudności.
Czuję się jakby cały świat był przeciwko mnie. Stałam na balkonie z słuchawkami na uszach słuchając: http://www.youtube.com/watch?v=QFhe_f2w5L4&feature=related i wpatrując się w swoje odbicie w szybie... widziałam smutne, niebieskie oczyska, a zaraz potem łza spłynęła po policzku. Czasem czuję się taka bezradna, i właśnie dziś znów dopadł mnie ten stan.
Jutro egzamin. Została mi powtórka. Zobaczymy. Ale jakoś dziś trudno mi o optymizm. Wiem, że jak usiądę, to zdążę wszystko powtórzyć i jeszcze jutro przed egzaminem. Mimo wszystko poproszę o kciuki od 9.45.
W sprawie mieszkania, nie chcę dziś o tym pisać, nie mam na to siły. Przepraszam - wybaczcie.
No i pogrążona jestem w smutku. Dziś w nocy, z własnej mojej głupoty, uciekł mi chomik. Jak co noc urządzał sobie nocne harce, przywykliśmy do tego z M., ale jak zaczyna obgryzać klatkę to jest kaplica, robi taki hałas, że nie można spać. W dodatku ostatnio uśrupał jedno zamykanie od klatki i skubany sobie wymyślił, że wchodził na domek łapał zębami klatkę, podnosił do góry i puszczał - hałas niesamowity. Już jakiś czas temu kupiliśmy mu z M. taką dużą kulę, w której sobie biegał po balkonie. No i dzisiaj w nocy nie dając mi spać, wsadziłam go w tą kulę i wystawiłam na balkon. Obudziłam się po godzinie, wyszłam na balkon, łapię za kulę a ta pusta. Wiele razy tak robiliśmy, żeby się wybiegał i potem był spokój. A teraz obśrupał zabezpieczenie przy wieczku i jakoś się stamtąd wydostał. Obudziłam M., biedny chodził w nocy po ogródku i szukał chomika ale nie widać go było nigdzie. Mieszkamy na parterze, do ziemi jest jakiś metr, pewnie sobie zeskoczył w trawę. Nie mogłam długo zasnąć. Rano obudziłam się i zobaczyłam pustą klatkę. Chodziłam po ogródku, szukałam, bo może wlazł w jakieś krzaki i śpi. Na nic to moje szukanie. A w domu cały czas zaglądałam do klatki, bo wydawało mi się, że w niej jest i tak samo co chwile wyglądam na balkon. Wystawiłam mu klatkę w ogrodzie, może wróci do swojego zapachu. Mam taką nadzieję. Nie chcę nawet myśleć o innej opcji! Tak bardzo za nim tęsknię!
poniedziałek, 29 sierpnia 2011
Weekend minął mi jak zawsze...
Weekend minął mi jak zawsze - za szybko. I zaczął się niezbyt przyjemnie, o czym zdążyłam już Wam po części napisać.
W środę, korzystając z ładnej pogody, stwierdziłam, że wypiorę sobie ręczniki, tym bardziej, że już mi się 4 uzbierały. A że nie chciałam robić dwóch prań z rzędu, w czwartek wyprałam ciemne rzeczy a w piątek wstawiłam sobie białe. Nikogo, czyt. Kudłatej, nie było w domu, więc miałam nadzieję, że ze spokojem sobie wypiorę, tym bardziej, że prawie przy każdym praniu słyszałam, że jak przyjdzie rachunek to będę dopłacać itp. Siedziałam sobie w pokoju przed komputerem i pisałam z Magnolią, kiedy wparowała do mojego pokoju Kudłata i zaczęła wykrzykiwać. Pełna zdziwienia zapytałam jakim prawem wchodzi do mojego pokoju bez pukania, a ona, że pukała - no nie wydaje mi się, bo słyszałam jej kroki i natychmiastowe otworzenie drzwi, ale Kudłata podsumowała to tak, że widocznie powinnam iść do lekarza skoro mam problemy ze słuchem. No i się zaczęło, że mam obsesję, że ledwo otwieram oczy, już pralka chodzi, że jestem szopem praczem i powinnam pracować w pralni, że jestem nienormalna itp. Miałam się nie odzywać, no ale nie mogę siedzieć cicho gdy ktoś na mnie psy wiesza niesłusznie i obraża, no po prostu nie mogę. Cokolwiek do niej mówiłam, ona nie słuchała tylko mnie przekrzykiwała mówiąc swoje. Więc grzecznie, poprosiłam żeby wyszła z mojego pokoju i może sobie pokrzyczeć na dworze, na co ona jeszcze bardziej krzyczeć zaczęła. Więc podeszłam do drzwi by je zamknąć, a ona siłą w nich stanęła i jak próbowałam je zamknąć, zaczęła się wydzierać i wymachiwać, że jestem agresywna, że co ja wyprawiam... momentalnie się odsunęłam, i patrzyłam na nią będąc w ogromnym szoku... ja? agresywna? Jak ludzie potrafią sobie wszystko podkoloryzować, robię prania 2-3 w tygodniu, jak dla niej to piorę codziennie i chyba nie ma dla niej znaczenia, że Nas jest dwoje. I przy okazji tych drzwi, powiedziałam jej, że sobie nie życzę, żeby wchodziła do mojego pokoju bez pukania lub gdy mnie nie ma - bo i tak się zdarzało, że wchodziła do Nas bez potrzeby i nie wiem co ona tam robiła?! Na to ona śmiać się zaczęła, że ona tu mieszka, że nikt jej nie zabroni tu wchodzić i będzie to robić kiedy ma ochotę, i zapytała ironicznie 'a co, może będziesz zamykać pokój na klucz?' i tu jej odpowiedziałam, że tak, na co ona zaczęła coś wykrzykiwać, to powiedziałam, że rozmawiałam z właścicielką i ona nie ma nic przeciwko. Na co ona 'Tak?? Ale to ja tu mieszkam!! Jak chociaż raz przyuważę, że drzwi są zamknięte, nie zostawię tak tego!!' i zaczęła się odgrażać. Już miałam jej serdecznie dosyć, myślałam, że zaraz wybuchnę. Jak tylko wyszła z pokoju, założyłam buty i wyszłam z domu tak jak stałam. Jeszcze nikt, tak mi ciśnienia nie podniósł jak ona. I to się nie da nie przejmować, nie słuchać. Bo ile można znosić takie chore zachowanie, no ile? Komukolwiek bym nie opowiadała tych wszystkich sytuacji, ich zdanie jest niemalże identyczne - ona jest ostro porąbana.
Po całej tej piątkowej sytuacji strasznie rozbolała mnie głowa i dostałam z tych nerwów porządnego rozwolnienia. Mam dość, psychicznie, takiej chorej atmosfery. I to do tego stopnia, że poważnie rozważam wyprowadzkę. Całość przeważy zdanie właścicielki, bo wspólnie z Ma. i M. stwierdziliśmy, że trzeba by było z nią porozmawiać, bo coś nam się ciężko wydaje, że kobieta nawet nie zdaje sobie sprawy z tego co Kudłacz wyprawia. Rządzi się jakby to wszystko było jej, wszystko musi być tak jak ona chce, jakby była najważniejsza. I tylko Nas interesuje, jak często się tutaj lokatorzy zmieniali, bo jestem pewna, że nikt nie wytrzymałby takich sytuacji długo.
Poza tym incydentem, weekend minął mi całkiem przyjemnie. W sobotę rano zawiozłam M. do pracy i pojechałam do rodziców. I to był bardzo dobry pomysł, niż siedzieć samej pół dnia. Przy okazji brat wyciągnął mnie na dwór i myliśmy nasze autka. M. miał niespodziankę :) tak wysprzątałam auto, że nie dało się nie zauważyć. Po południu wsiadłam w autko i pojechałam do rodziców M., bo M. wrócił ze swoim tatą z pracy. Posiedzieliśmy do wieczora i wróciliśmy do Poznania. Po drodze złapała Nas straszna burza, waliło i błyskało się tak, ze aż się bałam, dawno nie było takiej burzy. Na szczęście szybko przeszła. W niedziele od rana wybraliśmy się na małe zakupy, a popołudnie spędziłam już siedząc z notatkami. Pod wieczór zrobiłam sobie przerwę na kanapki przygotowane przez M. i tak w sumie do wieczora siedziałam. Jeszcze w tym wszystkim znalazłam chwilę, żeby pobyć z M., poprzytulać się. Dobrze, że Go mam:* Mimo, że czasem wydaje mi się, że to taki Miś Puchatek, o małym rozumku, ale jest najlepszym Facetem na świecie!:* Kocham Go:*
No i te kilka dni zapowiadają się być pełne pracy, bo jeszcze mam sporo do nauki i powtórki, ale dam radę. I nie ma innej opcji. I przepraszam, Was, jeśli trochę Was zaniedbam, ale siła wyższa.
Do następnego!
sobota, 27 sierpnia 2011
Okropny ból głowy ogranicza...
Okropny ból głowy ogranicza dziś moje pisanie. Każdy, najmniejszy nawet ruch mnie boli. Wzięłam ciepłą kąpiel z myślą, że pomoże - nie pomogło. Czuję się tak samo fatalnie jak i przed kąpielą.
Miałam napisać o dzisiejszym zajściu z panną K., ale nie mam na to siły. Ludzie takiego pokroju, powinni się leczyć psychicznie, a nie wykańczać innych. Miałam w życiu wiele nerwowych sytuacji, ale po raz pierwszy musiałam wyjść z domu, żeby się uspokoić. I nawet nie chcę myśleć, co myśleli sobie ludzie, którzy mnie mijali. W sumie, niech sobie myślą co chcą. Ale daję słowo, miałam ochotę chwycić ją za te jej czarne kudły i przeciągnąć po ścianie. Powstrzymałam się.
Ktoś, kto czytał moją wczorajszą wieczorną notkę, mógł poczuć się zaniepokojony. No cóż, czasami, nawet te najlepsze związki miewają swoje gorsze dni. Mimo to, kocham Cię Niebieskooki :*
czwartek, 25 sierpnia 2011
Strach.
Boję się, że któregoś dnia nie wróci, że już go nie będzie, że pozostanie mi po Nim wielka pustka. Boję się, że nie odpisze na kolejnego sms'a, nie odezwie się. Boję się, spoglądając cały dzień na telefon czekając na wiadomość od Niego, boję się. Przy otwartym oknie wsłuchuję się w dźwięk przejeżdżających aut i kiedy jestem już niemalże pewna, że to On, wychodzę na balkon z nadzieją, a potem stukam się w czoło myśląc, że by napisał jakby wracał do domu. Bo napisałbyś, prawda?
środa, 24 sierpnia 2011
Niebieskooka siedzi z kubkiem...
Niebieskooka siedzi z kubkiem gorącej herbaty i myśli. O czym? O wszystkim.
O ślubie, o dziecku. Coraz więcej osób w moim otoczeniu zaręcza się, bierze ślub, spodziewa się dziecka. A mnie już ściska od tej zazdrości. I nie piszcie mi, że na wszystko przyjdzie odpowiedni czas, bo co to znaczy 'odpowiedni czas'? Mam wrażenie, że takie coś nie istnieje, zawsze będzie to 'coś', a jednak ludzie decydują się na to. Niby mi się nie śpieszy, niby mi dobrze tak jak jest, bo mam przy sobie odpowiedniego Mężczyznę, ale jednak, nosić pierścionek na palcu, to już coś poważniejszego, coś tak ważnego jak wspólne mieszkanie.
Jak ostatnio powiedziała mi S., że teraz jest najlepszy wiek na dziecko, a potem, jak będzie stara, będzie robić karierę jako pani notariusz. A ja nawet nie wiem, kim bym chciała być w przyszłości?
I znów oszukuję siebie, udaję, że nie widzę stosu notatek najróżniejszych. Naiwna.
wtorek, 23 sierpnia 2011
Z cyklu: Niebieskooka się uczy.
Niebieskooka się uczy, a raczej próbuje się uczyć, czyli robi wszystko byle tylko się nie uczyć. I jak już zrobiłam wszystko, przyłapałam się na tym, że odkładam tą nieszczęsną (w moim wydaniu) literaturę na potem.
Wczorajszy dzień minął mi tak szybko, że sama nie wiem kiedy. I praktycznie nie zdążyłam zrobić nic. Uporządkowałam swoje notatki, spotkałam się z Z., żeby skserować sobie od niej notatki i podzielić się moimi, i zdołałam ściągnąć sobie kilka opracowań lektur.
A dziś w całym pokoju porozkładane są moje notatki, przewalają się zakreślacze i kartki papieru, i na w pół zrobiona tabelka z lekturami - moje dzisiejsze zadanie.
Powoli zaczynam panikować. Wiem, obiecałam sobie, że ze spokojem wszystkiego się nauczę, wszystko sobie przypomnę, ale zaraz mam przed oczami te wszystkie razy kiedy też tak myślałam i mi nie wyszło. Ale wiem, staram się myśleć pozytywnie.
poniedziałek, 22 sierpnia 2011
"Jeśli choć raz..."
"Jeśli choć raz spojrzysz mi w oczy
i przytulisz do nich się
musisz wiedzieć, że czasem zaskoczy
miłość tańczy tak jak chce(...)"
Witajcie Kochane, ktoś kiedyś powiedział, że 'nienawidzi poniedziałków', pokażcie mi proszę kto... Od samego rana, ba!, od wczorajszego wieczoru, słucham powyższej piosenki i czuję, że mogłabym przenosić góry, tysiące gór! I chciałabym tylko, żeby to uczucie trwało jak najdłużej.
Czeka mnie pracowity tydzień. Od dziś zabieram się za oswajanie literatury. Notatki już na mnie czekają. Zaczynam powoli, przeglądem lektur, a potem zobaczę jak mi to wszystko pójdzie, mam nadzieję, że nie będzie źle. Mam przecież wystarczającą ilość czasu.
A weekend? Myślałam, że będzie gorzej. Zapowiadało się siedzenie w domu - jak ja tego nie znoszę... Ale tutaj zaskoczył mnie mój M., bo w niedziele po śniadaniu zabraliśmy kijki i poszliśmy na spacer nad Maltę. Zajęło Nam to pół dnia i było bardzo miło. Tylko efekt nie za bardzo dał mi spać w nocy. Lekko się spaliłam od tego wczorajszego słońca, ale mądry Polak po szkodzie. Nie pomyślałam jak to się może skończyć, jak wystawię moje wrażliwe na słońce ramiona, ale cóż, możecie mówić do mnie raczku. Mam tylko nadzieję, że przestanie boleć.
Tak więc muszę się szybciutko ogarnąć i zabrać się za moje notatki, trzeba je porządnie posegregować, bo trochę ich mam. A po południu umówiłam się z Z., która chce sobie pokserować moje notatki, więc muszę się z tym szybko uwinąć, a potem zajmę się lekturami.
I przepraszam, że się powtarzam, ale ubóstwiam tę piosenkę! http://www.youtube.com/watch?v=fMcFZTjxQDc&feature=related
Do napisania!
sobota, 20 sierpnia 2011
Przez kilka ostatnich dni...
Przez kilka ostatnich dni, w moim blogu, tak jak w moim życiu - beznadziejnie. Siedziałam w domu nie mając pomysłu na siebie i doskonale zdawałam sobie z tego sprawę, z tej beznadziejności, co jeszcze bardziej pogrążało mnie. Więc było tu biało, pusto, bez pomysłu.
Nie wiem jak to nazwać... gorsze dni? W końcu jestem kobietą. Zresztą, bez względu na płeć, każdy ma prawo do gorszych dni prawda?
Od kilku dni, gdzieś z szafy, zerkają na mnie notatki z literatury. A ja nie mam siły ich wziąć do ręki i odkładam to 'na potem', czyli pewnie do poniedziałku. Tak, od poniedziałku spróbuję zrobić 'coś' żeby to jakoś ogarnąć. Mam czas, wystarczającą ilość czasu i dodatkowe materiały. Swoją drogą, zastanawiam się czy kiedykolwiek przekonam się do literatury? Bo jakoś do tej pory nie po drodze nam.
Słonko za oknem, aż by się chciało gdzieś wyjść. W sumie nikt mi nie broni, więc dlaczego siedzę ze swoim tyłkiem w domu? Nawet nie mam ochoty, i motywacji przede wszystkim, na cokolwiek. Mój M. w pracy, a mi doskwiera brak kontaktu z kimkolwiek. Kolejny już dzień.
Miałam plany na weekend, wyrwać się stąd, jak co weekend. Jakoś nie lubię weekendów w Poznaniu. A niby to takie piękne miasto, studenckie! A ja po porstu potrzebuję czegoś innego, co pozwoli mi się odmóżdżyć, z dala od miasta. Gdybym tylko miała pod ręką auto... gdybym tylko.
Wsłuchuję się i udaję, oszukuję czas. http://www.youtube.com/watch?v=fMcFZTjxQDc&feature=related
wtorek, 16 sierpnia 2011
(Po)imprezowo, czyli jak minął mi długi weekend.
Zgodnie z ustaleniami po pracy, w piątkowe popołudnie wybyłam pochodzić po sklepach. Tak więc szukałam czegoś do mojej sukienki. Najpierw myślałam o jakimś sweterku, potem wpadłam na pomysł kupna butów, a na końcu torebki. Więc sweterek dostałam bez problemu. Co prawda najpierw byłam w h&m, ale że nic szczególnego nie wpadło mi w oko, weszłam do reserved i tam kupiłam sobie śliczny szary sweterek z rękawem trochę za łokieć, z lekkimi bufkami na ramionach, tak że wyglądał elegancko ale w moim stylu, długość do pasa. Potem na bazarku kupiłam sobie szarą, małą torebkę i najwięcej nachodziłam się za butami. Wszystkie albo mi klapały, albo nie było na mnie rozmiaru. Więc po przymierzeniu kilku par tradycyjnych szpilek, stwierdziłam, że nie obejdzie się bez butów zapinanych na kostce, bo inaczej wątpię żebym znalazla cokolwiek z moją chudą piętą. Ale udało się. Weszłam do ccc i kupiłam sobie szare szpilki, z wyciętymi palcami, z tyłu zapinane na zamek i z szeroką opaską wokół nogi, także buty już mi nie klapały. No i byłam gotowa. W sobotę, cała uroczystość rozpoczęła się mszą w kościele. Było pięknie. Aż się wzruszyłam, jak dziadkowie wychodzili z kościoła, zagrali im marsza weselnego. Przepięknie. Po kościele pojechaliśmy na uroczystość do pobliskiego dworku. Obiad, kawa, no i część artystyczna. Czyli moja prezentacja i cała reszta. Wyszło świetnie! Całość zajęła nam więcej czasu niż na to przeznaczyliśmy początkowo, ale daliśmy radę. I zauroczyłam się piosenką: http://www.youtube.com/watch?v=ue7-VjuMZZk i żałuję tylko, że nie mam jej w wersji mojego wujka, bo ta jest owiele bardziej powalająca od oryginału. A po części artystycznej przenieśliśmy się do ogrodu na pieczonego prosiaczka i piwo. Było naprawdę fajnie, rodzinnie. I najważniejsze, że dziadkom się podobało.
To tak w skrócie. Do następnego.
piątek, 12 sierpnia 2011
Zaległości.
Znów robię sobie tutaj zaległości. Wiem i przepraszam. Ostatnio pochłania mnie praca i robienie prezentacji dla dziadków. Dzisiaj ostatni etap, czyli dodanie ostatnich zdjęć, słów piosenek i 'dopieszczenie całości'. Napracowałam się, nie ma co i mam nadzieję, że efekt będzie conajmniej właściwy. A impreza już jutro. Został mi jeszcze do dokończenia prezent dla dziadków ode mnie i mojego brata. Kupiliśmy dziadkom album na zdjęcia, duży kwadratowy, na spirali, na wklejki. Muszę zaprojektować okładkę, czyli jakoś ładnie podpisać i wkleić zdjęcie dziadków, kupić wstążkę do końcowej dekoracji i czuję się w tym jak ryba w wodzie! Na pierwszą stronę wkleiłam już zaproszenie na uroczystość dziadków, przygotowałyśmy z mamą jedno więcej. A w resztę albumu wkleję zdjęcia z samej uroczystości. Oczywiście album dostaną jutro z 'dopiskiem', że w całość prezentu wchodzi również uzupełnienie albumu zdjęciami. I jeszcze ode mnie i od M. planuję kupić jakieś dobre wino, a ponoć, jak ostatnio stwierdził sam dziadek, mam do tego rękę.
No i z racji imprezy, zdałam sobie sprawę, że prócz sukienki, nie mam do niej nic. Tzn. jeśli będzie ciepło, nie ma problemu, ale znając naszą pogodę, wolę być przygotowana pod każdym względem. Więc wybieram się dziś po pracy na zakupy w poszukiwaniu jakiegoś bolerka bądź krótkiego sweterka pasującego do mojej sukienki. A może przy okazji upoluję jakieś ładne buty.
A co więcej u mnie? Chyba bez większych zmian, poza 'imprezowym' szaleństwem. Ale mam nadzieję, że po jutrzejszym dniu, cały ten kocioł zniknie i będę mogła oddać się 'chwili przyejmeności'.
Odebrałam w czwartek moje długo wyczekiwane prawo jazdy. I już nawet zdążyłam wsiąść za kierownicę. Zniechęca mnie jednak fakt, że nikt, nawet M., nie wierzy w moje 'zdolności'. Wiem, może daleko mi od 'idealnego kierowcy', ale skąd ten brak zaufania? Bo gdybym jeździć nie umiała, nie zdałabym egzaminu, prawda? Wiem na co mnie stać i wiem, że brakuje mi jeszcze wprawy i wyczucia, ale jeśli jeździć nie będę, to nigdy nie zdobędę większych umiejętności. Smutne, że nawet M. ironicznie mnie poucza, a przecież jadę dobrze.
No i wielkimi krokami zbliża się połowa sierpnia i mniejszymi, choć równie szybko, moja wrześniowa poprawka z historii literatury. Na samą myśl mam dość, bo ile można?! Ale cóż, nie dam się. W przyszłym tygodniu, pożyczę notatki od A. i zabieram się ostro do nauki.
I odliczam godziny do wyjścia z pracy i zakupowe szaleństwo można zaczynać :)
poniedziałek, 8 sierpnia 2011
7 rzeczy.
7 rzeczy, których jeszcze o mnie nie wiecie…
Zainspirowała mnie Magnolia tymi siedmioma rzeczami, ale zaraz po tym zaczęłam się zastanawiać czego o mnie faktycznie nie wiecie? A może, czy w ogóle jest coś, czego o mnie nie wiecie?
- Jestem szatynką, choć praktycznie przez całe moje dotychczasowe życie byłam przekonana iż jestem brunetką! Jakież było moje zaskoczenie, kiedy dowiedziałam się jak bardzo się mylę! No cóż. Mogłabym się nawet zastanawiać, czy mój naturalny kolor nie można by było nawet podciągnąć pod ciemny blond… Ale chyba mojej głowie daleko od naturalności. Przynajmniej na razie. Oj lubiła Niebieskooka eksperymentować z kolorami, oj tak. I długo nie widziałam swojego naturalnego koloru, a jak udało mi się uzyskać na mej głowie odrobinę naturalności, jakiś czort mnie podkusił by kupić farbę. I może nie byłoby tak źle, gdyby nie ten kolor, który wyszedł ciemniejszy niż się spodziewałam! Aktualnie powoli odzyskuję mój naturalny kolorek i poważnie się zastanowię zanim ponownie sięgnę po farbę!
- Mam sezonowe piegi! Tak, tak, sezonowe. Od wczesnej wiosny do jesieni, na mojej buzi dominują w artystycznym nieładzie najrozmaitsze kropeczki koloru brązowego :) i pomyśleć, że kiedyś tak bardzo ich nienawidziłam! I mój dziadek mi powtarzał, tak jak mojej cioci, że ja bez piegów jestem jak niebo bez gwiazd. I uśmiechałam się wtedy trochę ironicznie przeklinając w myślach owy wybryk natury. Dopiero po kilku ładnych latach, a właściwie to całkiem niedawno, zrozumiałam i doceniłam to porównanie. Bo ja kocham te moje brązowe kropki co do jednej! I jak to się mogło stać? Kiedy któregoś dnia wzięłam gazetę do rąk i przeczytałam, że dziewczyny malują sobie piegi specjalną kredką, doceniłam matkę naturę, która mi je dała. Co prawda, tylko sezonowo, ale zawsze. I już nie zakrywam ich pod warstwą mniej lub bardziej koloryzujących specyfików.
- Zanim trafiłam na filologię angielską, miałam kilka innych pomysłów na siebie. A może warto zacząć, że miałam okres kiedy planów na swoją przyszłość nie miałam wcale. A właściwie moja głupota mną zawładnęła i zbuntowana dziewucha nie chciała słyszeć o żadnych studiach. Całe szczęście, że mi to minęło tak szybko jak się przypałętało! Więc maturę pisałam z polskiego, angielskiego i z biologii. Przez moment zastanawiałam się również (dodatkowo) nad chemią, ale było to chwilowe. Kiedy przyszło do wyboru kierunku studiów i składania papierów, ‘zafascynowana’ biologią złożyłam dwa podania na akademię rolniczą, na biologię i ochronę środowiska. Szczęście moje, że się nie dostałam, bo gotowa byłam tam pójść i cierpiałabym okropnie! A że możliwość miałam złożenia dokumentów na trzy kierunki, ostatnie zaniosłam na UAM, kierunek: pedagogika wczesnoszkolna z elementami języka angielskiego. Wtedy płakałam, że nie spodobał im się mój rysunek na egzaminach wstępnych, dziś wiem, że dobrze się stało. Kiedy wyczerpałam swoje możliwości, a rodzice naciskali coraz bardziej, stanęło na szkole prywatnej. Bo języki obce są bardzo przyszłościowe, a że zawsze lubiłam się ich uczyć, stanęło na Wyższej Szkole Języków Obcych. Po pierwszym roku moje zafascynowanie przeminęło, a moja uczelnia skutecznie pozbawiła mnie jakichkolwiek dalszych chęci. Nie długo musiałam czekać na pierwsze rozczarowanie a teraz nawet śmiało mogę powiedzieć, że wybór, nie tyle co tego kierunku, ale co tej uczelni był, a właściwie nadal jest moim życiowym błędem. Wiem, że jeśli miałabym jeszcze raz decydować, maturę pisałabym z historii a na studia poszłabym na dziennikarstwo lub coś pokrewnego. Bo przecież od zawsze chciałam pisać, od zawsze moją pasją było pisanie. I myślę, że to właśnie w tym odnalazłabym się naprawdę. Praca w redakcji gazety, dobrej gazety, to szczyt moich marzeń.
- Tato od dziecka mi powtarzał, że w ‘gorącej wodzie kąpana jestem’. I może wtedy niekoniecznie znałam sens tego stwierdzenia, tak teraz znam go doskonale. I coś w tym jest. Niecierpliwy nerwus, w dodatku ze słomianym zapałem! Moje trzy najgorsze (dla mnie) wady, z którymi (a w szczególności z nerwusem) staram się skutecznie (lub mniej) walczyć. No cóż, nikt idealny nie jest. Zawsze chciałabym mieć wszystko ‘już’, co nie znaczy, że jestem typem rozkapryszonej dziewuchy, bo tak nie jest. Potrafię czekać, choć cierpliwość jednak moją mocną stroną nie jest i potrafię czasem tupnąć porządnie nogą, ale walczę z tym! I tu wychodzi również mój słomiany zapał… Przerywam jedno, zaczynam drugie, a to zazwyczaj kończy się ‘bałaganem’. Generalnie mam dominującą osobowość i pod tym względem dobraliśmy się z Niebieskookim idealnie, bo jemu wygodniej jest być tą mniej dominującą stroną. I czasami tylko brakuje mi, żeby to On był silniejszy ode mnie, ale to też potrafi, więc wymiana rolami funkcjonuje u Nas bardzo dobrze.
- Uwielbiam wszystko, co zalicza się do działu ‘hand made’ (czyt. zrobione ręcznie). Zdolności plastyczne zdecydowanie odziedziczyłam po mamie. Żałuję tylko, że nigdy nie robiłam nic więcej w tym kierunku. Ostatnio powróciła do mnie chęć robienia czegoś twórczego, więc kto wie czy po wypłacie nie odwiedzę paru miejsc i nie zaopatrzę się w szereg najróżniejszych materiałów i może powrócę dorobienia kartek lub czegoś na własny użytek? Ostatnio zaopatrzyłam się w najzwyklejsze duże drewniane serducho, które można powiesić na sznurku, przykleiłam do niego najzwyklejszą drewnianą klamerkę (taką do prania) i przypięłam plik białych pustych karteczek i całe serducho powiesiłam sobie na regale, pod ręką, na wypadek potrzeby zapisania czegoś ważnego. Efekt końcowy zadowalający w stu procentach. W wolnej chwili, może uda mi się sfotografować moje ‘dzieło’.
- Wiadomo, że dojrzewanie u wszystkich przebiega w różnym czasie i ma na to wpływ wiele czynników. W wieku 17 lat byłam gotowa na założenie rodziny, posiadanie dziecka. Wcześnie, a nawet wydawałoby się, że za wcześnie. Byłam wtedy w związku z P. i miałam ogromne plany. Chciałam się usamodzielnić, wyjść za mąż, urodzić dziecko. I nawet przez chwilę wydawało mi się, że mogłam to mieć. Przez chwilę było to tak bardzo realne. Tak, prze chwilę myślałam, że jestem w ciąży. Na szczęście, teraz na szczęście, nie byłam. Po rozstaniu cieszyłam się, że nie zaszłam w ciążę, że nie mam dziecka z nieodpowiedni mężczyzną, ba!, że nie wyszłam za nieodpowiedniego mężczyznę. A jak jest teraz? Teraz wiem, że jestem z odpowiednim mężczyzną i wiem, że dopiero teraz byłabym w stanie, w pełni odpowiedzialnie, założyć rodzinę i urodzić dziecko. Ale też wiem, że nie jest jeszcze na to dobry moment póki studiuję. Wiem, że zegar biologiczny tyka, wiem, że mam prawie 23 lata i wiem, że chcę urodzić przed 30 i wiem, że ma jeszcze kilka lat. Długich lat.
- Największy problem sprawia mi ta siódma rzecz, bo mam wrażenie, że już wszystko o mnie wiecie… więc może umówmy się, że zostawię ją Wam – jeśli chcecie coś o mnie wiedzieć, piszcie. Chyba tak będzie prościej, łatwiej.
niedziela, 7 sierpnia 2011
Po kilku upalnych dniach...
Po kilku upalnych dniach znów za oknem pada deszcz. Może to dziwne, ale dziś akurat mi to nie przeszkadza ani trochę. Idealna pogoda by położyć się obok Niego na kanapie i oglądać filmy. I oderwałam się na chwilę by tutaj zajrzeć.
W końcu zmobilizowałam się, by coś tu zmienić i efekt końcowy nawet mi się podoba. Jeszcze mam w głowie kilka rzeczy, które chciałabym tu zmienić, ale dziś zdecydowanie bardziej wolę znaleźć się przy Nim.
Co u mnie? Hmmm... W pracy jestem już ze wszystkim na bierząco, nie mam żadnych zaległości, więc o tyle mam lepiej. Jedynym problem okazał się dojazd do biura... bo jednak to ok. 20 km i tak jak zawsze zabierałam się z B. lub K., tak teraz B. jest na urlopie, a K. ma od rana spotkania z klientami, więc jutro pozostaje mi poznańskie mpk, co jednak nie napawa mnie optymizmem z powodu czasu trwania dojazdów, ale coż, muszę być odpowiedzialna.
Z niecierpliwością czekam na moje prawo jazdy, które jest na etapie: 'przyjęto wniosek - trwa postępowanie administracyjne', więc pozostaje mi czekać. Ostatnio rozglądałam się na allegro za autkami, ale póki co nie stać mnie na kupno nawet małego autka z powodu braku jakichkolwiek 'większych' oszczędności.
Przez ostatnie dni zastanawiam się, myślę, i stwierdziłam, że muszę 'coś' ze sobą zrobić. Chciałam wymyśleć coś twórczego, ale... boję się, że z moim słomianym zapałem nic z tego nie będzie. Od kilku miesięcy zapisuję się już na siłownię i póki co, nic. Istnieje szansa, że będę chodzić od października razem z moim bratem na siłownię, może wtedy będę miała więcej mobilizacji. Poza tym, chciałabym zająć się czymś bardziej twórczym... może powrócę do robienia kartek? Może scrapbooking lub decoupage? Sama nie wiem. Czasem patrzę na moją mamę i podziwiam ją - ma tyle zainteresowań, a ja pod tym względem czuję pustkę. Kiedyś myślałam, że moją pasją są języki obce, ale potem moja uczelnia skutecznie zniechęciła mnie do robienia czegokolwiek ponad uczelniany program. To smutne, wiem.
W sobotę idziemy z M. na rodzinną uroczystość, moi dziadkowie mają imprezę z okazji 50-tej rocznicy ślubu. Pokaźna liczba. Pozazdrościć takiego stażu. Więc będzie baardzo rodzinnie i czeka mnie jeszcze obróbka zdjęć i stworzenie małego pokazu dla dziadków. Impreza będzie z wielką pompą, dzieci się postarały, ale należy się im takie świętowanie. No i z tej okazji wyposażyłam M. w nowe buty do garnituru i krawat, który bardziej pasuje do mojej sukienki, niż ten, który miał do tej pory.
I zastanawiam się nad 7 rzeczami, których jeszcze o mnie nie wiecie... ale czy wogóle jest coś, czego o mnie nie wiecie?
Pomyślę o tym, a teraz jedyne o czym myślę to znaleźć się jak najbliżej Niego.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

