Najwyższy czas na podsumowanie Starego Roku, które ja zrobiłam całkiem niedawno. A postanowienia na Nowy Rok? Są. Oczywiście, że są. Tylko, które z nich uda mi się zrealizować? Niestety bardzo często brak mi motywacji, a może po prostu to mój słomiany zapał? Sama nie wiem. Priorytetem na Nowy Rok jest moje zdrowie. Wiem, że ostatnio sobie odpuściłam. Odkąd zrezygnowałam z lekarza, przestałam brać tabletki i obawiam się, że poziom mojej insuliny znów poszedł w górę co widać niestety po mojej wadze, także muszę się 'doprowadzić do porządku' i tym razem skutecznie. Dwa, chciałabym przestać palić. Nawet sama nie wiem kiedy stałam się od nich zależna, przynajmniej w jakimś stopniu. Trzy, chciałabym zdać styczniowe egzaminy, przynajmniej ten najważniejszy i najtrudniejszy, i jednocześnie napisać przynajmniej pierwszy rozdział pracy licencjackiej na zaliczenie semestru. Są też inne, te mniejsze i te większe postanowienia. Ale te trzy są moimi priorytetami - mniej lub bardziej, ale są.
Sylwestrowe plany? Nie mamy żadnych. Najprawdopodobniej pojedziemy do rodziców, a potem może wylądujemy na Starym Rynku. Może w przyszłym roku uda mi się wyciągnąć gdzieś M. Tu mamy problem, że M. nie przepada za imprezami. I niby mi to odpowiadało cały czas, jakoś zawsze wolałam posiedzieć z Nim w domu i mieć Go dla siebie, ale jak widzę moje dziewczyny szykujące się na jutrzejszą imprezę, to robi mi się trochę przykro. Ale przecież najważniejsze jest to, że spędzimy Go razem, prawda?
Rok 2011 nie był wcale taki zły. Dokładnie rok temu zamieszkaliśmy z M. razem. Czy się sprawdziliśmy mieszkając razem? Myślę, że tak. Dla wielu par jest to duża próba i niestety nie wszyscy się odnajdują mieszkając razem. Nie każdej dziewczynie odpowiadają męskie nawyki, a te bywają dość irytujące i vice versa. Na szczęście Nam udało się dojść do wspólnych kompromisów. A właściwie to wcale nie było tak źle. Bałam się, a jednocześnie miałam nadzieję, że wspólne życie razem będzie piękne. I choć nie zawsze była sielanka, choć nie zawsze się dogadywaliśmy, to jednak daliśmy radę, razem.
Życzę sobie, Nam, aby 2012 przyniósł Nam wiele wspólnych chwil, oby jak najwięcej tych szczęśliwych.
No i Wam, życzę przede wszystkim, aby Nowy Rok był lepszy od Starego, byście miały czas na realizację noworocznych postanowień i byście za rok mogły powiedzieć - ten rok był udany. Pomyślności!
piątek, 30 grudnia 2011
środa, 28 grudnia 2011
Nie-entuzjastycznie.
Dzisiejszego dnia zdecydowanie nie mogę zaliczyć do udanych. Nie wiem co się ze mną ostatnio dzieje, czy to ta 'jesienna' pogoda czy co, ale brak mi motywacji, energii i przede wszystkim chęci. Wiem, że jeszcze mam wolne, ale specjalnie chciałam wziąć się za wszystko wcześniej by potem nie zwariować. I dupa, bo póki co robię wszystko, tylko nie to co powinnam.
Dziś już nie wytrzymałam i napisałam Ma. kilka słów prawdy, które widocznie ją zabolały bo siedzi zamknięta w pokoju z muchami w nosie. Od jakiegoś czasu znosiłam złośliwe docinki Ma. pod moim adresem, że M. jest dla mnie ważniejszy itp. Za każdym razem jak wpadła na jakiś genialny pomysł, na który akurat ja nie miałam ochoty, z kochanej przyjaciółki zmieniała się w złośliwą zołzę i jechała po mnie z góry na dół. Więc byłam już pod tak ogromną presją, że bałam się jej odmówić, bo wiedziałam czym to się skończy. I tak też było dzisiaj. Ponieważ dzisiaj miałyśmy być wszystkie w mieszkaniu, Ma. wymyśliła, że będziemy pić. I dziś rano łaskawie mi o tym przypomniała mówiąc, że dziś pijemy i nie ma, że nie, bez wymówek. To jej odpowiedziałam, że jeśli się będę dobrze czuła to ok, bo niestety nie codziennie mam ochotę się napić. Na co ona, że to już na pewno wiadomo, że będę się źle czuła. I w tym momencie już faktycznie nie miałam wcale ochoty. Już mnie przytłaczała tymi swoimi docinkami i wymuszeniami i napisałam jej dziś o tym, bo najmniejszej ochoty nie miałam by się zmuszać. No i dziś się dowiedziałam, że jak M. jest w pracy to z nimi siedzę, a jak On wraca to idę do niego i że mają do mnie żal, że nie poświęcam im czasu. Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie jest to oczywiste, że kiedy M. wraca wieczorem po całym dniu w pracy, wolę z nim spędzić chwile. Jak widać Ma. sądzi inaczej. I cały czas słyszę, że M. jest dla mnie najważniejszy, że to, że tamto. Ale tak właśnie jest, M. jest dla mnie najważniejszy więc jeśli mam wybierać pomiędzy Nim a kimś kto mi przy byle okazji docina, no to zastanawiać nad wyborem się nie będę.
Dziś już nie wytrzymałam i napisałam Ma. kilka słów prawdy, które widocznie ją zabolały bo siedzi zamknięta w pokoju z muchami w nosie. Od jakiegoś czasu znosiłam złośliwe docinki Ma. pod moim adresem, że M. jest dla mnie ważniejszy itp. Za każdym razem jak wpadła na jakiś genialny pomysł, na który akurat ja nie miałam ochoty, z kochanej przyjaciółki zmieniała się w złośliwą zołzę i jechała po mnie z góry na dół. Więc byłam już pod tak ogromną presją, że bałam się jej odmówić, bo wiedziałam czym to się skończy. I tak też było dzisiaj. Ponieważ dzisiaj miałyśmy być wszystkie w mieszkaniu, Ma. wymyśliła, że będziemy pić. I dziś rano łaskawie mi o tym przypomniała mówiąc, że dziś pijemy i nie ma, że nie, bez wymówek. To jej odpowiedziałam, że jeśli się będę dobrze czuła to ok, bo niestety nie codziennie mam ochotę się napić. Na co ona, że to już na pewno wiadomo, że będę się źle czuła. I w tym momencie już faktycznie nie miałam wcale ochoty. Już mnie przytłaczała tymi swoimi docinkami i wymuszeniami i napisałam jej dziś o tym, bo najmniejszej ochoty nie miałam by się zmuszać. No i dziś się dowiedziałam, że jak M. jest w pracy to z nimi siedzę, a jak On wraca to idę do niego i że mają do mnie żal, że nie poświęcam im czasu. Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie jest to oczywiste, że kiedy M. wraca wieczorem po całym dniu w pracy, wolę z nim spędzić chwile. Jak widać Ma. sądzi inaczej. I cały czas słyszę, że M. jest dla mnie najważniejszy, że to, że tamto. Ale tak właśnie jest, M. jest dla mnie najważniejszy więc jeśli mam wybierać pomiędzy Nim a kimś kto mi przy byle okazji docina, no to zastanawiać nad wyborem się nie będę.
wtorek, 27 grudnia 2011
Po-świątecznie.
Święta, święta i po świętach. Z pełnymi brzuchami i bezgranicznie szczęśliwi. Tylko gdzieś po drodze zgubiliśmy świąteczną atmosferę. I zgodnie stwierdziliśmy, że święta bez śniegu to nie to samo.
I jak się czuję w roli narzeczonej? Jak ryba w wodzie:) I jakby M. okazywał mi więcej czułości odkąd się oświadczył. Wiem, że jestem winna Wam relację z tego wyjątkowego dnia, ale chcę zachować to tylko dla siebie. Mogę jedynie zdradzić, że było skromnie, ale klimatycznie:) i choć częściowo wiedziałam to i tak płakałam ze szczęścia jak bóbr. Pierwsi dowiedzieli się rodzice M., zaskoczeni ale szczęśliwi, tak jak my. Wieczorem, kiedy M. odwiózł mnie do domu, powiedziałam moim rodzicom. Szczerze mówiąc najbardziej bałam się ich reakcji, ale chyba niepotrzebnie, ucieszyli się, choć są mistrzami w ukrywaniu emocji. Najważniejsze było dla mnie to, że zaakceptowali. Następnego dnia, pojechaliśmy z M. do dziadków na świąteczną kawę. Wszyscy cieszyli się i gratulowali. No i oczywiście nie obyło się bez pytania, kiedy ślub. Zgodnie z M. stwierdziliśmy, że Nam się nie śpieszy. Wstępny termin to czerwiec 2014, a jak będzie zobaczymy potem.
Chętnie pokazałabym Wam zdjęcie mojego cuda, ale niestety mój aparat jest starej daty i nie współpracuje z moim netbookiem, także póki co nie mam takiej możliwości. Ale pierścionek jest idealny. Skromny, symboliczny, taki jak chciałam. I oczywiście z białego złota, bo na to tradycyjne jestem uczulona a i też zbytnio nie leży w moim guście.
Jesteśmy szczęśliwi. Święta minęły Nam spokojnie i zdecydowanie za szybko. W niedziele wieczorem wróciliśmy do Naszych czterech ścian. W poniedziałek mieliśmy więc czas by pobyć tylko we dwoje. Do południa wybraliśmy się na Stary Rynek, do kawiarni, w której pracuje Madź i zjedliśmy pyszne ciasto makowe na ciepło z kulką lodów bakaliowych - pychota! A wieczorem wybraliśmy się do kina, chcieliśmy zobaczyć nową komedię - 'Pokaż kotku co masz w środku', więc trochę się pośmialiśmy i miłym akcentem zakończyliśmy Nasze święta. Dziś M. niestety już w pracy a ja próbuję zmotywować się do działania, bo już czas najwyższy.
A dziś emocje opadają, trzeba niestety powrócić do rzeczywistości i pomału zacząć się ogarniać, a trochę tego jest. Sesja tuż tuż, no i pracę licencjacką czas najwyższy zacząć.
I jak się czuję w roli narzeczonej? Jak ryba w wodzie:) I jakby M. okazywał mi więcej czułości odkąd się oświadczył. Wiem, że jestem winna Wam relację z tego wyjątkowego dnia, ale chcę zachować to tylko dla siebie. Mogę jedynie zdradzić, że było skromnie, ale klimatycznie:) i choć częściowo wiedziałam to i tak płakałam ze szczęścia jak bóbr. Pierwsi dowiedzieli się rodzice M., zaskoczeni ale szczęśliwi, tak jak my. Wieczorem, kiedy M. odwiózł mnie do domu, powiedziałam moim rodzicom. Szczerze mówiąc najbardziej bałam się ich reakcji, ale chyba niepotrzebnie, ucieszyli się, choć są mistrzami w ukrywaniu emocji. Najważniejsze było dla mnie to, że zaakceptowali. Następnego dnia, pojechaliśmy z M. do dziadków na świąteczną kawę. Wszyscy cieszyli się i gratulowali. No i oczywiście nie obyło się bez pytania, kiedy ślub. Zgodnie z M. stwierdziliśmy, że Nam się nie śpieszy. Wstępny termin to czerwiec 2014, a jak będzie zobaczymy potem.
Chętnie pokazałabym Wam zdjęcie mojego cuda, ale niestety mój aparat jest starej daty i nie współpracuje z moim netbookiem, także póki co nie mam takiej możliwości. Ale pierścionek jest idealny. Skromny, symboliczny, taki jak chciałam. I oczywiście z białego złota, bo na to tradycyjne jestem uczulona a i też zbytnio nie leży w moim guście.
Jesteśmy szczęśliwi. Święta minęły Nam spokojnie i zdecydowanie za szybko. W niedziele wieczorem wróciliśmy do Naszych czterech ścian. W poniedziałek mieliśmy więc czas by pobyć tylko we dwoje. Do południa wybraliśmy się na Stary Rynek, do kawiarni, w której pracuje Madź i zjedliśmy pyszne ciasto makowe na ciepło z kulką lodów bakaliowych - pychota! A wieczorem wybraliśmy się do kina, chcieliśmy zobaczyć nową komedię - 'Pokaż kotku co masz w środku', więc trochę się pośmialiśmy i miłym akcentem zakończyliśmy Nasze święta. Dziś M. niestety już w pracy a ja próbuję zmotywować się do działania, bo już czas najwyższy.
A dziś emocje opadają, trzeba niestety powrócić do rzeczywistości i pomału zacząć się ogarniać, a trochę tego jest. Sesja tuż tuż, no i pracę licencjacką czas najwyższy zacząć.
niedziela, 25 grudnia 2011
piątek, 23 grudnia 2011
Jeszcze przed-świątecznie.
Po moim śniegu powoli pozostaje tylko wspomnienie. Wszystko się rozpuszcza. I nie dane nam jest cieszyć się 'białymi' świętami. Szkoda.
U nas w mieszkaniu pusto. Dziewczyny już wczoraj pojechały na święta do domu. Tylko ja krzątam się po mieszkaniu doprowadzając je do porządku. M. w pracy, więc jeszcze nie wiemy kiedy pojedziemy do domu. Być może jutro rano. Dziś czeka mnie dokończenie porządków, zrobienie albumu ze zdjęciami dla dziadków i parę innych spraw.
Czas tak szybko mija, że nawet nie wiem gdzie umknęły mi te wszystkie dni. I już prawie mamy święta. Ominęło mnie w tym roku pieczenie pierniczków, ubieranie choinki, bo ta pewnie już stoi ubrana. I mam postanowienie na przyszły rok, że kupimy sobie z M. własną choinkę i upiekę pierniczki:) a może upieczemy je razem.
We wtorek oddałam zdjęcia do wywołania, żeby w końcu wypełnić album dla dziadków, który dostali z okazji swojego sierpniowego jubileuszu i na szczęście dziś je odebrałam. Uff bo bałam się, że nie zdążę.
W święta zamierzam poleniuchować, poobjadać się troszkę i odpocząć razem z M. Planów na Sylwestra póki co nie mamy, ale na pewno w końcu coś wymyślimy. Natomiast po Nowym Roku zabieram się ostro do pracy. Mam kilka zaliczeń i pierwsze egzaminy. Także nudzić się nie będę, więc muszę wykorzystać święta maksymalnie.
Na pewno jeszcze zajrzę tu w Święta jeśli tylko będę miała wolną chwilę. A póki co pozostaje mi złożyć Wam najpiękniejsze życzenia...
Życzę Wam:
radosnych, pogodnych, szczęśliwych i najpiękniejszych Świąt Bożego Narodzenia
spędzonych w rodzinnym gronie.
W tym roku bez śniegu, ale przy choince,
z pełnymi brzuchami:)
Życzę Wam wspaniałych chwil, czasu byście mogli odpocząć od codzienności.
Miłości, radości, spokoju.
Wesołych Świąt!
I tym, którzy nie czują świątecznej atmosfery - by ją poczuli.
czwartek, 22 grudnia 2011
Podsumowanie.
Wiem, że długo mnie nie było. Aż mi zaczęło brakować pisania, dlatego jestem. Początek zimy i sypnęło śniegiem. Wiem, że niedługo zmieni się on w pośniegowe błoto i zniknie. Ale potem znów spadnie śnieg. Zaczęłam czuć zbliżające się święta. Może dlatego, że będą one dla Nas wyjątkowe i zaczniemy nowy etap w Naszym życiu. Wiem, że podsumowania robi się zazwyczaj przed Nowym Rokiem, ale dlaczego nie zrobić takiego podsumowania przed świętami?
Mam 23 lata. Co takiego zmieniło się w moim życiu? Mam za sobą dzieciństwo, i choć zawsze wydawało mi się, że przeminęło ono za szybko, że zbyt wcześnie moje lalki znalazły swoje miejsce w piwnicy, pora się z tym pogodzić. Mam za sobą dobre dzieciństwo, mimo wszystko. Niczego mi nie brakowało, no może kilku mniej lub bardziej ważnych rzeczy, ale miałam, mam, przy sobie wspaniałych rodziców, może nie zawsze potrafiłam to docenić, ale byli przy mnie zawsze. Mam brata, dwa lata młodszego. I choć przez długi czas żyliśmy jak 'pies z kotem' od jakiegoś czasu nasze relacje są o wiele lepsze. Mam za sobą buntowniczy okres dorastania. Fakt, dałam rodzicom popalić, zwłaszcza mamie. Mam za sobą mnóstwo podjętych decyzji, i tych słusznych i tych błędnych również. Mam za sobą związek. Toksyczny związek, który nauczył mnie wiele. Jako siedemnastolatka zakochałam się po raz pierwszy, tak naprawdę. Zauroczyłam się i nie widziałam świata poza nim. Ślepo brnęłam w coś, co wtedy wydawało się być najwspanialsze, coś, co jak sądziłam, było całym moim światem. Po kilku latach, dokładnie po czterech, zrozumiałam, że chcę od życia czegoś więcej, że zasługuję na więcej i przede wszystkim, że stać mnie na więcej. Dostałam od życia wielkiego kopa w tyłek i wielki bagaż doświadczeń. Ale zaraz potem dostałam mojego M., który pomógł mi zbudować mój świat od nowa, na nowych fundamentach. Nasz świat. I znów życie nabrało sensu, znów zaczęłam się śmiać. I wiedziałam, że M. jest wynagrodzeniem całego zła. Razem, krok po kroku budowaliśmy Nasz związek. Były spotkania, wspólnie spędzany czas, wspólne wieczory, noce, poranki. Było wspólne łóżko, mieszkanie. Mam wspaniałego faceta, partnera i przyjaciela. Jestem szczęśliwa, najszczęśliwsza. Bo kocham i jestem kochana. I choć różnimy się tak bardzo, stanowimy zgrany duet. Ja, chodzący wulkan, On, oaza spokoju. Przed Nami kolejne święta, jeszcze spędzane częściowo osobno, ale z nadzieją na wspólne w przyszłym roku. Mam, wbrew pozorom, wystarczająco dużo, by być bezgranicznie szczęśliwą. Mam przed sobą ostatni, mam nadzieję, rok studiów, pisanie pracy licencjackiej, obronę. Mam przed sobą wiele wspaniałych chwil. I cokolwiek jeszcze przede mną, wiem, że nie będę już sama, że obok zawsze będzie On. Zawsze. Na zawsze. I choć ideałem nie jestem na pewno, myślę, że jestem dobrym człowiekiem, że mimo wielu błędów jakie zdarza mi się jeszcze popełniać, zasługuję na to, co mam. Zaczęłam to doceniać jakiś czas temu. I przede mną, przed Nami, nowy etap w Naszym wspólnym życiu. I są postanowienia, m.in. takie by być lepszym człowiekiem. Będzie czas na rzucenie papierosów, od których zdążyłam się uzależnić, będzie czas na ponowną walkę z chorobą, czas na bycie z Nim i na wiele innych, mniej lub bardziej ważnych rzeczy.
I nie żegnam się z Wami przedświątecznie, bo jeszcze zdążę tu wpaść i złożyć Wam życzenia.
Mam 23 lata. Co takiego zmieniło się w moim życiu? Mam za sobą dzieciństwo, i choć zawsze wydawało mi się, że przeminęło ono za szybko, że zbyt wcześnie moje lalki znalazły swoje miejsce w piwnicy, pora się z tym pogodzić. Mam za sobą dobre dzieciństwo, mimo wszystko. Niczego mi nie brakowało, no może kilku mniej lub bardziej ważnych rzeczy, ale miałam, mam, przy sobie wspaniałych rodziców, może nie zawsze potrafiłam to docenić, ale byli przy mnie zawsze. Mam brata, dwa lata młodszego. I choć przez długi czas żyliśmy jak 'pies z kotem' od jakiegoś czasu nasze relacje są o wiele lepsze. Mam za sobą buntowniczy okres dorastania. Fakt, dałam rodzicom popalić, zwłaszcza mamie. Mam za sobą mnóstwo podjętych decyzji, i tych słusznych i tych błędnych również. Mam za sobą związek. Toksyczny związek, który nauczył mnie wiele. Jako siedemnastolatka zakochałam się po raz pierwszy, tak naprawdę. Zauroczyłam się i nie widziałam świata poza nim. Ślepo brnęłam w coś, co wtedy wydawało się być najwspanialsze, coś, co jak sądziłam, było całym moim światem. Po kilku latach, dokładnie po czterech, zrozumiałam, że chcę od życia czegoś więcej, że zasługuję na więcej i przede wszystkim, że stać mnie na więcej. Dostałam od życia wielkiego kopa w tyłek i wielki bagaż doświadczeń. Ale zaraz potem dostałam mojego M., który pomógł mi zbudować mój świat od nowa, na nowych fundamentach. Nasz świat. I znów życie nabrało sensu, znów zaczęłam się śmiać. I wiedziałam, że M. jest wynagrodzeniem całego zła. Razem, krok po kroku budowaliśmy Nasz związek. Były spotkania, wspólnie spędzany czas, wspólne wieczory, noce, poranki. Było wspólne łóżko, mieszkanie. Mam wspaniałego faceta, partnera i przyjaciela. Jestem szczęśliwa, najszczęśliwsza. Bo kocham i jestem kochana. I choć różnimy się tak bardzo, stanowimy zgrany duet. Ja, chodzący wulkan, On, oaza spokoju. Przed Nami kolejne święta, jeszcze spędzane częściowo osobno, ale z nadzieją na wspólne w przyszłym roku. Mam, wbrew pozorom, wystarczająco dużo, by być bezgranicznie szczęśliwą. Mam przed sobą ostatni, mam nadzieję, rok studiów, pisanie pracy licencjackiej, obronę. Mam przed sobą wiele wspaniałych chwil. I cokolwiek jeszcze przede mną, wiem, że nie będę już sama, że obok zawsze będzie On. Zawsze. Na zawsze. I choć ideałem nie jestem na pewno, myślę, że jestem dobrym człowiekiem, że mimo wielu błędów jakie zdarza mi się jeszcze popełniać, zasługuję na to, co mam. Zaczęłam to doceniać jakiś czas temu. I przede mną, przed Nami, nowy etap w Naszym wspólnym życiu. I są postanowienia, m.in. takie by być lepszym człowiekiem. Będzie czas na rzucenie papierosów, od których zdążyłam się uzależnić, będzie czas na ponowną walkę z chorobą, czas na bycie z Nim i na wiele innych, mniej lub bardziej ważnych rzeczy.
I nie żegnam się z Wami przedświątecznie, bo jeszcze zdążę tu wpaść i złożyć Wam życzenia.
poniedziałek, 12 grudnia 2011
Kolejny grudniowy dzień, kolejny tydzień. Do świąt bliżej niż dalej. A ja jestem daleko w polu, zarówno jeśli chodzi o prezenty jak i o naukę, a tej wciąż sporo, szczególnie, że sesja tuż tuż. Jeszcze po całym dniu na uczelni nie mam mocy na nic, a jutro jeszcze mam zaliczenie, na które wypadałoby się nauczyć. Nie ma to jak dobry początek tygodnia.
W sobotę wyciągnęłam M. nad Wartę. Z okazji dnia wolności puszczali nad Wartą lampiony. Mieliśmy iść popatrzeć, a skończyło się na tym, że i Nasze dwa lampiony poszły w górę:) niesamowita radość i wspaniały widok! Cieszę się, że spędziliśmy trochę czasu we dwoje poza domem, bo rzadko mamy ku temu okazje, zdecydowanie za rzadko! Więc tym bardziej się cieszę. Po lampionach przeszliśmy się na stary rynek, bo to niedaleko a mieli robić rzeźby z lodu jak co roku, ale chyba jednak coś Nam się dni pomyliły, bo i rzeźby a i owszem były, ale nie te, tylko takie mniejsze. Ale zrobiliśmy sobie rundkę po rynku, pooglądaliśmy sobie świąteczne budki, zjedliśmy po oscypku z grilla i wróciliśmy do domku.
A tutaj filmik:)
I niestety tylko link (bo póki co nie dotarliśmy ponownie zobaczyć rzeźby, ale podobno efekt niesamowity, i z tym się zgodzę, bo byłam w zeszłym roku i bardzo mi się podobało:))
http://www.poznan.pl/mim/public/publikacje/pages.html?co=list&id=8460&ch=21731&instance=1017&lang=pl
W sobotę miał być dzień lenia, ale niestety moja mama Nas ubiegła z informacją, że wyprawia swoje imieniny i urodziny mojego brata, więc niedzielne przedpołudnie spędziliśmy u rodziców M., a potem pojechaliśmy na imieninowo-urodzinową kawkę.
A dziś wróciłam z uczelni, zrobiłam szybki obiadek, wykąpałam się i mamy godzinę, o której mój organizm chciałby się zregenerować a tu klops. Uciekam więc do moich słówek i życzę mimo wszystko przyjemnego wieczoru.
W sobotę wyciągnęłam M. nad Wartę. Z okazji dnia wolności puszczali nad Wartą lampiony. Mieliśmy iść popatrzeć, a skończyło się na tym, że i Nasze dwa lampiony poszły w górę:) niesamowita radość i wspaniały widok! Cieszę się, że spędziliśmy trochę czasu we dwoje poza domem, bo rzadko mamy ku temu okazje, zdecydowanie za rzadko! Więc tym bardziej się cieszę. Po lampionach przeszliśmy się na stary rynek, bo to niedaleko a mieli robić rzeźby z lodu jak co roku, ale chyba jednak coś Nam się dni pomyliły, bo i rzeźby a i owszem były, ale nie te, tylko takie mniejsze. Ale zrobiliśmy sobie rundkę po rynku, pooglądaliśmy sobie świąteczne budki, zjedliśmy po oscypku z grilla i wróciliśmy do domku.
A tutaj filmik:)
I niestety tylko link (bo póki co nie dotarliśmy ponownie zobaczyć rzeźby, ale podobno efekt niesamowity, i z tym się zgodzę, bo byłam w zeszłym roku i bardzo mi się podobało:))
http://www.poznan.pl/mim/public/publikacje/pages.html?co=list&id=8460&ch=21731&instance=1017&lang=pl
W sobotę miał być dzień lenia, ale niestety moja mama Nas ubiegła z informacją, że wyprawia swoje imieniny i urodziny mojego brata, więc niedzielne przedpołudnie spędziliśmy u rodziców M., a potem pojechaliśmy na imieninowo-urodzinową kawkę.
A dziś wróciłam z uczelni, zrobiłam szybki obiadek, wykąpałam się i mamy godzinę, o której mój organizm chciałby się zregenerować a tu klops. Uciekam więc do moich słówek i życzę mimo wszystko przyjemnego wieczoru.
środa, 7 grudnia 2011
Bo historia lubi się powtarzać.
Nie tak dawno pisałam, że nie warto ufać innym. Potem, potem zaufałam, a dziś widzę kolejne fochy w nosie. I najlepsze jest to, że próbuję doszukać się w tym wszystkim mojej winy. Próbuję, ale nie potrafię znaleźć. I te szepty za plecami. Czy one na prawdę myślą, że tego nie było słychać? Słuchałam tego z zaciśniętymi zębami, trzęsąc się ze złości a łzy kapały. I to ja powinnam się nie odzywać, to ja powinnam być obrażona na cały świat, bo to jak zawsze ja jestem pokrzywdzona najbardziej. I znów te słowa cicho wypowiadam, z nadzieją, że to nieprawda... Kiedy w końcu zaczynam komuś ufać, on daje mi tysiąc powodów, dla których nie powinnam. Bo historia lubi się powtarzać.
niedziela, 4 grudnia 2011
2 lata i 5 miesięcy
Dokładnie 2 lata i 5 miesięcy temu, 4 lipca, Nasze usta spotkały się po raz pierwszy, dłonie splotły się w uścisku, a oczy nie mogły się od siebie oderwać. Tak zaczęła się po raz drugi Nasza historia. Przez cały ten czas mieliśmy różne chwile, i te dobre, i te złe. W każdym momencie byliśmy razem, bez względu na wszystko. Razem pokonywaliśmy wszystkie trudności. Mam nadzieję, że tak będzie już zawsze, że nadal będziemy sobie wsparciem, że nie przestaniemy się kochać, i w każdej, nawet beznadziejnej sytuacji, znajdziemy wspólnie jakieś rozwiązanie. Znajomi mówią, że jesteśmy z M. przykładem idealnej pary, prawdziwej miłości, która, jak by się mogło wydawać, zdarza się tylko w filmach. Ja też tak myślałam, ale teraz wiem, jak bardzo się myliłam. Wszyscy Nam zazdroszczą, czy mają czego, tego nie wiem, ale wiem, że związek z M. był najlepszą 'rzeczą' jaka przydarzyła mi się w życiu. Kiedy patrzę w mój grudniowy kalendarz, widzę w nim wiele mniej lub bardziej ważnych dat. Mam nadzieję, że niebawem pojawi się w nim kolejna, najważniejsza data. Oby grudzień okazał się dla Nas szczęśliwy.
_______________________________
Kocham Cię już ponad dwa lata, a może nawet i dłużej...
I obiecuję kochać Cię przez całą wieczność,
a Ty obiecaj, że będziesz przy mnie, zawsze.
_______________________________
Kocham Cię już ponad dwa lata, a może nawet i dłużej...
I obiecuję kochać Cię przez całą wieczność,
a Ty obiecaj, że będziesz przy mnie, zawsze.
czwartek, 1 grudnia 2011
Jak ten czas szybko leci, już mamy grudzień... całe szczęście moje życie ostatnio zwolniło i mam trochę czasu dla siebie, choć nie na długo, bo kolejne zaliczenia za pasem. No i po zaakceptowaniu mojego tematu pracy licencjackiej, trzeba wziąć się w garść i napisać plan i poszukać bibliografię... właśnie w tym celu wybieram się jutro do biblioteki.
Miałam ostatnio poruszyć kilka kwestii, a więc poruszę je teraz.
Chodziłam wczoraj po galeriach handlowych i przy okazji powoli zaczęłam rozglądać się za prezentami. I wstępnie już wiem co komu kupić. Cieszę się na nadchodzące święta, ale nie dlatego, że będą prezenty, ale dlatego, że być może tegoroczne święta na długo pozostaną mi w pamięci. Rozmawialiśmy ostatnio z M. i poruszyliśmy kwestię naszej przyszłości, niedalekiej przyszłości. Planujemy się zaręczyć. A właściwie, teraz to już wszystko w rękach M. Czuję to ogarniające mnie szczęście, ale nie chcę się cieszyć na zapas. Chcę sobie zostawić moją radość, jak już będę miała na palcu pierścionek i będę już prawię Jego, tak legalnie. Prawie legalnie. Czuję, że ten jeden dzień będzie dla nas początkiem czegoś 'nowego' i pomoże Nam sprecyzować plany na tą dalszą przyszłość. Tak bardzo Go kocham, i jeśli mnie zapyta, odpowiem 'tak' bez wahania.
Poza tym udało mi się dziś kupić buty na zimę, takie, jak chciałam i w dodatku były tanie, więc radość podwójna. No i pozostaje mi jeszcze wybrać się do Sephory i wykorzystać mój imieninowy bon, a akurat przydałyby mi się jakieś nowe perfumy, więc prezent jak znalazł. I myślę, że w końcu wezmę się za siebie, za moją chorobę i odwiedzę lekarza rodzinnego, bo na tych tu brakuje mi już sił.
Miałam ostatnio poruszyć kilka kwestii, a więc poruszę je teraz.
Chodziłam wczoraj po galeriach handlowych i przy okazji powoli zaczęłam rozglądać się za prezentami. I wstępnie już wiem co komu kupić. Cieszę się na nadchodzące święta, ale nie dlatego, że będą prezenty, ale dlatego, że być może tegoroczne święta na długo pozostaną mi w pamięci. Rozmawialiśmy ostatnio z M. i poruszyliśmy kwestię naszej przyszłości, niedalekiej przyszłości. Planujemy się zaręczyć. A właściwie, teraz to już wszystko w rękach M. Czuję to ogarniające mnie szczęście, ale nie chcę się cieszyć na zapas. Chcę sobie zostawić moją radość, jak już będę miała na palcu pierścionek i będę już prawię Jego, tak legalnie. Prawie legalnie. Czuję, że ten jeden dzień będzie dla nas początkiem czegoś 'nowego' i pomoże Nam sprecyzować plany na tą dalszą przyszłość. Tak bardzo Go kocham, i jeśli mnie zapyta, odpowiem 'tak' bez wahania.
Poza tym udało mi się dziś kupić buty na zimę, takie, jak chciałam i w dodatku były tanie, więc radość podwójna. No i pozostaje mi jeszcze wybrać się do Sephory i wykorzystać mój imieninowy bon, a akurat przydałyby mi się jakieś nowe perfumy, więc prezent jak znalazł. I myślę, że w końcu wezmę się za siebie, za moją chorobę i odwiedzę lekarza rodzinnego, bo na tych tu brakuje mi już sił.
Subskrybuj:
Posty (Atom)