Od rana w pracy. Ciąg dalszy pakowania przed przeprowadzką (firma zmienia swoją siedzibę) i już od jutra w nowym biurze i teraz czeka nas rozpakowywanie. I nie wiadomo już co gorsze, czy to pakowanie, czy rozpakowywanie. Ale chyba to drugie. Z B. śmiejemy się, że przez pół roku będziemy rozpakowywać te wszystkie kartony z archiwum i innymi dokumentami, jednak w głębi duszy mam nadzieję, że nie będzie tak źle.
Po pracy miałam trzy godzinki dodatkowych jazd przed drugim podejściem do egzaminu na prawko. I tym razem poproszę o trzymanie (mocno!) kciuków w środę od godz. 7! I z tego co rozmawiałam z moją instruktorką, trafiłam na egzaminatora, który z góry chciał mnie oblać... pewnie dlatego jeździłam po mieście 50 minut, bo szukał pretekstu żeby mnie 'złapać' i na moje nieszczęście to mu się udało. Więc sama za siebie będę trzymać kciuki.
Kiedyś, już jakiś czas temu, kiedy szłam do pracy założyłam sobie konto w banku (takie dla studentów - bez opłat), bo było mi potrzebne do wypłaty, którą dostawałam przelewem. Po zakończeniu pracy przestałam używać konto, bo automatycznie przestało mi być potrzebne i nie świadoma, nawet nie zaglądałam aż do czasu kiedy przyszło mi pismo, że mam na minusie 25 zł. Krótko po tym dostałam kolejne pismo, że bank rozwiązuje ze mną umowę. Więc wpłaciłam należność na konto i żyłam sobie dalej w przekonaniu, że tego konta już nie mam. Aż tu przed weekendem szanowny bank przysłał mi nową kartę i okazało się, że umowy jednak nie rozwiązali. Więc stwierdziłam, że akurat konto się przyda, bo rodzice będą mogli przesyłać mi na konto moje tygodniówki. I dziś sobie wchodzę na konto, żeby sprawdzić czy mam już przelew od mamy, a tu patrzę, że mi ściągnęli opłatę 25 zł. Weszłam w regulamin i się okazało, że konto niby bez opłat ale za kartę pobierają opłatę 25 zł na dwa lata. I to akurat dziś! I tak zostałam z połową mojej tygodniówki na cały tydzień :/.
A i u Nas wszystko dobrze. Oczywiście mamy swoje humorki (jak zawsze zresztą), ale to niczego nie zmienia między Nami, bo kochamy się dalej. Wielkimi krokami zbliżamy się do naszej kolejnej, drugiej już rocznicy :) a tak naprawdę czuję się jakbyśmy byli razem od zawsze!
Wczoraj wybraliśmy się z M. na Stary Rynek na obiadek i deser (raz można zaszaleć ;)). Jedzenie nawet dobre, tylko jak to M. stwierdził, porcje dla wróbelka. No i teraz do końca nie wiem, jak to było z tym jedzeniem, bo od rana męczyłam się z bólem żołądka, który na szczęście dał za wygraną po wypiciu dwóch gorzkich herbat. No ale przynajmniej raz mieliśmy coś innego, takie 'odskoki' od codzienności są bardzo przydatne kiedy w życie wkracza rutyna.
No i chcąc nie chcąc, z racji tego, że od rana byłam w pracy, nie mogłam jechać na wpisy z literatury angielskiej i tym samym nie wiem co dostałam z egzaminu. Tzn. i tak szykuję się myślami na 'kampanię wrześniową', ale wolałabym być pewna. Napisałam do pani dr szanownej, zobaczymy, może mi odpisze. Byłoby miło.
Póki co, idę poodpoczywać :) no i zjeść małe 'conieco', bo okropnie burczy mi w brzuchu...