poniedziałek, 27 lutego 2012

Długo mnie nie było, ale o tym już w innym miejscu:) zapraszam w nowe miejsce tych, którzy mają ochotę zostać ze mną i poznać mnie lepiej:) tym, którzy zostawili mejle, wyślę zaproszenia, tym, którzy zaproszenia nie dostaną, doślę, tylko proszę się upominać:)

Zapraszam serdecznie:)

wtorek, 21 lutego 2012

Cała moja pewność siebie, moja wiara w siebie gdzieś odeszły. Znowu stoję przed lustrem, widzę siebie, zakompleksioną, z paroma kg więcej i patrzeć na siebie nie mogę! Tyle ciuchów przymierzałam podczas poniedziałkowych zakupów z mamą i nic, kompletnie nic sobie nie kupiłam. Wszystko wygląda ładnie tylko w rozmiarze S!
Poza tym ostatnio coś nie mój czas. Ciężko mi.

sobota, 18 lutego 2012

Oficjalnie sesja zakończona, indeks oddany.
Po dość, krótkim pobycie w domu wróciłam do miasta i co najważniejsze, do mojego 36,6 :* niby to niecałe trzy dni, ale tęskno było, i to bardzo. Piątkowy dzień na wariackich papierach. Najpierw przemoczyłyśmy z I. buty by znaleźć naszego promotora, który po oddaniu pierwszego rozdziału dał nam zaliczenie i wpis do indeksu. Potem  dwie godziny stania w kolejce żeby oddać indeks, w końcu. I tak zrobiła się godzina 16, a na 18 miałam być u I., która w tym dniu robiła u siebie mały babski wieczór. No to bez zastanawiania się, tak jak z I. stałyśmy, wsiadłyśmy w tramwaj i pojechałyśmy do niej. Takie przemoczone, ale ogarnęłyśmy się jakoś i potem cały wieczór śmiałyśmy się do łez. Dziewczyny, choć większość z nich widziałam po raz pierwszy, okazały się mega sympatyczne i naprawdę, takich wieczorów mi potrzeba, zwłaszcza teraz, po sesji. No i od poniedziałku zaczynam na nowo, a właściwie od wtorku, bo poniedziałki mam wolne. Swoją drogą mam tylko kilka zajęć, spokojnie mogliby nam to rozłożyć na dwa dni, ale nie, po co. I tak mam tylko jeden dzień wolny, i każdego dnia jedne zajęcia i w takich godzinach, że cały dzień mam rozwalony. Kurcze, a myślałam, że może mogłabym choć trochę popracować, zwłaszcza teraz, kiedy mamy małe problemy finansowe. Trzeba będzie zacisnąć pasa i rozejrzeć się nad jakąś pracą nie kolidującą z moim planem zajęć. Póki co, korzystam z ostatnich godzin wolnego, kiedy nie muszę myśleć o niczym. Relaksuję się z Nim.

wtorek, 14 lutego 2012

[Nie] walentynkowo.

Walentynki, święto Zakochanych. Po raz pierwszy spędzamy je osobno. A właściwie po raz pierwszy go nie obchodzimy. Nigdy nie był to dla mnie jakiś super wyjątkowy dzień, bo wychodzę z założenia, że jak się kogoś kocha, to powinno mu się to okazywać cały czas a nie tylko przez 24h tworzące 14 luty. Jednak, zawsze staraliśmy się w jakiś sposób uczynić ten dzień przyjemnym, bo w końcu to też Nasze święto... a w tym roku, jakoś aż mnie nawet drażnił widok porozwieszanych wszędzie serc. Może też dlatego, że spędzamy ten dzień osobno. Dlaczego? Początkowo miałam zostać w mieście, miałam też iść na urodziny moich koleżanek z grupy i pojechać w środę do rodziców. Ale właśnie dziś właściciele zaczęli remont łazienki, i choć wiedziałam o tym już dawno, nie było to na tyle problemem, ale dziś już się wystarczająco nasłuchałam narzekań właścicielki, że w sumie w ostatniej chwili podjęłam decyzję, że pojadę dziś do rodziców. No i pojechałam. I tęsknię za M. strasznie :( więc dzisiejszy dzień spędzam samotnie z laptopem w ręku, słuchając muzyki, nie koniecznie tej wesołej. Kiedy tęsknię, piję ogromne ilości miętowej herbaty. Dziś właśnie jest ten dzień - z kubkiem miętowej herbaty.

sobota, 11 lutego 2012

Sobota. Słoneczny, zimowy i mroźny dzień. Siedzę sama, w moim pokoju, z laptopem w ręku. Miałam zacząć pisać pierwszy rozdział mojej pracy, o znaczeniu muzyki w życiu człowieka, o znaczeniu muzyki w nauce języków obcych. I naprawdę miałam sporą motywację, utworzyłam dokument w wordzie, w tytule wpisałam dwa wykrzykniki, na pierwszej stronie tytuł mojej pracy, na drugiej plan pierwszego rozdział, na trzeciej stronie, na trzeciej stronie widnieje mrugający kursor, a strona jest pusta. Bolący brzuch uniemożliwia jakąkolwiek współpracę. Akurat, spośród tylu dni, bo przecież raz na dwa miesiące, akurat dziś mój organizm postanowił obdarować mnie miesiączką. Przecudownie. Potrzebuję burzy mózgu. W planach odłożenie laptopa, a raczej jego zamiana na czystą kartkę papieru. Może w ten sposób uda mi się cokolwiek na niej zapisać, jakiekolwiek myśli, byle byłyby związane z tematem mojej pracy.
Potrzebuję, też odskoczni. Od miasta, od pośpiechu, od stresów, których w moim życiu ostatnio było za dużo. Mam nadzieję, że przy okazji dzisiejszej wizyty u teściów, uda mi się pooddychać 'wiejskim' powietrzem i zresetować się choć troszkę.

Dopisane:
Wizyta u teściów przełożona na dzień jutrzejszy. Za to było kino. Uwielbiam filmy, które wprowadzają mnie w refleksyjny nastrój, na których mogę beztrosko sobie popłakać. Zdecydowanie takim filmem okazało się dzisiejsze "Big Love".  Film o wielkiej miłości, o uzależnieniu. Gdybym miała teraz napisać tu moje odczucia, nie potrafiłabym dobrać odpowiednich słów. Film 'ciężki', ale przepiękny. Zdecydowanie warty obejrzenia.

piątek, 10 lutego 2012

Chwilowo...

Chwilowo jeszcze tu. Póki co, chcę się zająć sprawą priorytetową, czyli pierwszym rozdziałem mojej pracy licencjackiej. Nowy blog jednak wymaga trochę czasu, więc póki co jeszcze na starych śmieciach.
Ze spraw ważniejszych,  od rana męczyliśmy się z zatkaną toaletą. Można? Można. Nasza 'ukochana' współlokatorka, Pau., wpadła wczoraj wieczorem do mieszkania. Miała dzisiaj egzamin, a dodatkowo w tym tygodniu wypadał jej dyżur sprzątania. No i Pau. wzięła się wczoraj za sprzątanie. Dziś rano wstaję i idę do łazienki, podnoszę klapę, a tam pełno papieru. Myślę sobie, że ktoś nie spłukał, więc odruchowo nacisnęłam spłuczkę. Automatycznie woda poszła do góry i stoi. Myślę sobie, no to pięknie. Przyuważyłam też, że nie ma plastykowego koszyczka na kostkę do wc. Idę do Pau. i pytam, gdzie jest koszyczek, a ona do mnie, że przypadkiem go spłukała, na co ja, że przypadkiem mamy zatkaną toaletę.  No i jak to Pau. ma w zwyczaju, zwinęła się z mieszkania i tyle ją widziałyśmy. No tak, bo najlepiej się niczym nie przejmować. Dopiero koło 21 przyjechał M. i tak jak mi przez telefon poradził pan hydraulik, M. odkręcił toaletę i przeczyścił wszystko. Jeszcze o 22 jechaliśmy do tesco po silikon, żeby uszczelnić rurę, bo ciekła nam woda przy spłukiwaniu. Ale co najlepsze, sam M. był w szoku jak można coś takiego spłukać (teoretycznie nie można) i nie zauważyć, że wpadło. Generalnie nie wiemy jak ona to zrobiła, wiemy tylko, że musiała się bardzo postarać. Brak słów. Ja mam opinię na ten temat jedną - pożegnać się z nią, za nim znów czegoś nie wykombinuje. A już i tak jest problem z internetem, bo odebrałam dziś mejla, że zalegamy z zapłatą za listopad - pechowo, akurat za listopad przelew niby robiła Pau.
Nie mam więcej pytań, idę spać, bo padam z nóg po dzisiejszym, stresującym dniu.

środa, 8 lutego 2012

Rewolucja:)

Zdecydowałam się. Wiem, że część z Was już mnie zna, jeśli nie osobiście to przez komunikatory. Ale zdecydowałam ujawnić się też tu:) to będzie kompletna rewolucja. Blog będzie na zaproszenie, więc tych, którzy chcą zostać ze mną - zapraszam i poproszę o mejle abym mogła wysłać zaproszenia:)

wtorek, 7 lutego 2012

3:0 dla mnie! Zdałam i literaturę amerykańską i egzamin pnja, który zawsze był dla mnie ogromną katorgą. Tym bardziej wiec jestem z siebie taaaaka dumna!:)
Teraz mam kilka dni, żeby na spokojnie napisać wstępną wersję pierwszego rozdziału mojej pracy licencjackiej. Ale czuję, że teraz już wszystko pójdzie z górki. Skoro zdałam pnja, i to w pierwszym terminie, to już nic nie jest mi straszne!
W weekend zamierzam nacieszyć się M., wytulę Go i wycałuję ile tylko się da - muszę ponadrabiać zaległości, bo mimo wszystko troszkę Go zaniedbałam przez te egzaminy.
Koło piątku planuję też jechać do rodziców, ale nie wiem jak to mi się tam wszystko poukłada.
Z pilniejszych spraw to muszę jutro umówić się do mojej Pani doktor i zadzwonić do szkoły, w której będę miała praktyki z drugiego języka - mam nadzieję, że mnie przyjmą od marca.
Na razie muszę odpocząć, ogarnąć pokój, bo ten chyba ucierpiał najbardziej podczas sesji;) i pobyć sama ze sobą i zwyczajnie się ponudzić:)

czwartek, 2 lutego 2012

Z Kasiowego życia.

Kasiowe życie ciągle biegnie do przodu. Jeden egzamin za mną, dwa przede mną, z czego jeden jutro. Powinnam tkwić z nosem w notatkach a tym czasem jestem totalnie rozleniwiona, stąd moja obecność tutaj.
Tak wiele ostatnio się dzieje, że nawet nie wiem o czym napisać najpierw. Mieliśmy ostatnio wizytę pana właściciela mieszkania, który przyleciał z Anglii. Po pół roku dowiedzieliśmy się, że woda i ogrzewanie, które miały być wliczone w czynsz, wliczone nie są. Więc automatycznie musimy uregulować opłaty za poprzednie miesiące no i będziemy płacić więcej. W ciągu ostatnich dni przekonałam się (zresztą nie po raz pierwszy), że lepiej stać na uboczu i nie doradzać, bo ile kroć chce się coś dobrze doradzić, dostaje się po dupie. No i mamy problem z Pau., która jest od nas odizolowana, nie interesuje się sprawami związanymi z mieszkaniem, znika i się pojawia i wiecznie chodzi nadąsana. Już mamy tego serdecznie dosyć. Zwłaszcza, że znów wybyła, a rachunki się same nie zapłacą.
A u Nas, jak to u Nas - dobrze. M. ostatnio był chory, miał okropny kaszel, ale już mu lepiej, całe szczęście. W tym całym szaleństwie jeszcze staram się znaleźć czas codziennie by beztrosko położyć się przy Nim, choć na chwilę. No i mam nadzieję, że zbliżający się weekend, będzie ostatnim, kiedy będę musiała usiąść na tyłku i się pouczyć. A jutro, po egzaminie, dla relaxu - termy.

piątek, 27 stycznia 2012

Na chwilę.

Jestem, póki nauka nie pochłonęła mnie do reszty. Między nauką słówek oglądam filmowe wersje lektur z literatury amerykańskiej. Weekend będzie pod hasłem 'wielka powtórka gramy', ale mam nadzieję, że uda mi się mimo wszystko na chwilę od tego oderwać. A dzisiaj, dzisiaj po zajęciach na uczelni i godzinnych korepetycjach, wybrałam się na maltańskie termy. Wrażenie? Bardzo pozytywne. Nie spodziewałam się aż tylu atrakcji. Chyba najbardziej zaskoczył mnie basen na dworze, wypływasz a tam gorąca, parująca woda i tylko głowa wystaje ponad wodę - super, tylko może trochę dziś za zimno było, więc tylko chwilę i trzeba było wracać. Także miłe popołudnie, jestem jak najbardziej naładowana pozytywną energią. Dziś już tylko łóżko i sen i od jutra ciąg dalszy. Pierwszy egzamin we wtorek i do tego czasu raczej się tu nie pojawię, także trzymać kciuki proszę! :)

niedziela, 22 stycznia 2012

Nie będzie o nauce - o tej już było sporo i jeszcze będzie. W końcu sesja pełną parą już od przyszłego tygodnia, a jej przedsmak poczułam już w zeszłym tygodniu.
Będzie o życiu.
Już kilka sytuacji w moim, Naszym, życiu było, kiedy przytulałam się do M. i mówiłam Mu jak się cieszę, że to właśnie Jego mam. I taka jest prawda. On, to najlepsze co mogło mnie w życiu spotkać, pomimo tego, że nie zawsze jest tak kolorowo. Nigdy się nie zastanawiałam jak to jest mieć partnera z innego kraju, innej religii. Jakoś nigdy nawet nie pomyślałam, bym mogła się w takiej sytuacji znaleźć. Ale też mówią, że miłość nie wybiera. I przecież na całym świecie jest tyle właśnie takich par (tych szczęśliwych, i tych mniej szczęśliwych). I tak jest też w przypadku A. Poleciała do Anglii, poznała pewnego Marokańczyka i zakochała się. Dzieli ich olbrzymia odległość, ona tu w Polsce, on w Anglii. Nie powiedziała rodzicom w obawie, że nie zrozumieją. A teraz piętrzą się przed nimi problemy. Jemu kończy się wiza, i albo wróci do Maroka i już nie wróci, albo ożeni się i tym samym będzie mógł zostać w Anglii. Ciężka sytuacja, chciałabym A. jakoś pomóc, ale wiem, że mogę tylko być. Albo aż być. Siedzieć obok, wysłuchać, pomilczeć. Bo co mogę więcej?
Zastanawiam się czasami, czy gdybym ja była w podobnej sytuacji, czy moi rodzice by zrozumieli. Nie wiem. Wiem, że A. jest bardzo ciężko, chyba każdemu w takiej sytuacji byłoby ciężko.

czwartek, 19 stycznia 2012

Pierwsze koty za płoty,

czyli przetrwałam kolokwium z translacji. I czuję się jakby ktoś wyprał mi mój mózg :( jeszcze się dobrze sesja nie zaczęła, a mam jej serdecznie dosyć! Przede mną egzamin z literatury amerykańskiej, no i pnja - pisemny i ustny. Jak to przetrwam, to już nic nie jest w stanie mnie powalić na łopatki. Także każdy zaciśnięty kciuk się przyda :)
Poza tym u mnie nauka, nauka, nauka. Dziś, po kolokwium z translacji, musiałam sobie zrobić wolne popołudnie i wzięłam się za porządki w pokoju, i teraz jak tak patrzę na pokój, to jestem z siebie dumna, ale zastanawiam się czy dam radę dokończyć - moja wada, słomiany zapał, przynajmniej jeśli chodzi o porządki w pokoju.
Odezwę się wkrótce, o ile do reszty nie pochłonie mnie nauka.

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Jak minął mi weekend? Szczerze mówiąc, nawet go nie odczułam. Cały weekend przesiedziałam nad translacją, w przerwach ucząc się łaciny. Na szczęście pani B. przeczytała mojego mejla, którego wysłałam jej w piątek z prośbą od całej grupy, żeby test zrobiła w czwartek i tak o to wczoraj po godzinie 17-tej przyszła odpowiedź "no dobrze". Kamień z serca! Bo wiem, że mam w zapasie trochę czasu by przerobić cały materiał, a wczoraj mimo szczerych chęci, nie dałabym rady zrobić tego solidnie. Chyba wszyscy odetchnęliśmy z ulgą. Dzisiejsze zaliczenie z łaciny, mam nadzieję, że będzie zaliczone. Nie zależy mi tu na wysokiej ocenie, bo jest to przedmiot jedynie na tzw. "zalkę" więc byleby go zaliczyć. A na translacji babka w końcu oddała nasze testy, które pisaliśmy przed świętami i znów kamień z serca, jak zobaczyłam 4. W tym momencie moja sytuacja przestała być zagrożona, bo jeden z dwóch testów mam zaliczony, więc teraz tylko ze spokojem napisać test semestralny i będzie dobrze. Natomiast nie wszyscy są w tak dobrej sytuacji, bo A. testu nie zaliczyła, tym samym ma dwa testy nie zaliczone, i musi bez dwóch zdań zaliczyć ten czwartkowy. I widziałam zazdrość w jej oczach, i w mieszkaniu też atmosfera lekko napięta, bo na każdym kroku podkreśla, że się tego musi uczyć a ja nie. A przecież też muszę, tylko mam trochę lepszą sytuację. Jednak nie bardzo rozumiem jej zachowania w stosunku do mnie, tej zazdrości, jakby miała do mnie pretensje, tylko nie wiem o co.
W przerwie pomiędzy zajęciami wybrałam się do triumpha po nowy stanik. Niestety raz na jakiś czas trzeba odświeżyć zapasy, a że z moim rozmiarem trudno gdziekolwiek indziej dostać dobry stanik, to trzeba odżałować. No i dostałam. I nawet jestem zadowolona, bo ładnie leży i mam nadzieję, że trochę mi posłuży.
Z tej wczorajszej radości, że przełożyliśmy translację, wyciągnęłam M. do domu, bo już dawno nie byłam u moich rodziców i przynajmniej się nagadałam z mamą. Obie zgodnie stwierdziłyśmy, że muszę się zapisać do mojej pani ginekolog na wizytę i skonsultować z nią odstawienie leków przez pana doktora, u którego byłam ostatnio. Bo widzę po swojej wadze, że to nie był dobry krok.
Po dzisiejszych zajęciach, akurat tak się udało, że spotkaliśmy się z M. pod klatką, zrobiłam szybki obiadek a potem naszło mnie na porządki, więc wszystko wyleciało z szafy na łóżko. I aż się sama sobie dziwię, że udało mi się to ogarnąć! Oczywiście, nie obyło się bez sprzeczki z M., który nie lubi jak sprzątam, bo biedny nie może sobie miejsca znaleźć i wchodzi mi w drogę, czego bardzo nie lubię jak sprzątam, jak mi się coś przestawia. No ale sytuacja została szybko opanowana, a teraz M. pochrapuje obok mnie, a ja mam chwilę, żeby odetchnąć. Teraz, podczas "gorącego" okresu nauki, każda taka chwila jest dla mnie na wagę złota! Niestety przyszły weekend też zapowiada mi się pracowity. A jeszcze muszę napisać w końcu plan pracy licencjackiej i zabrać się za pierwszy rozdział i nie wiem kiedy ja to zrobię... ale cóż, trzeba.

piątek, 13 stycznia 2012

Nienawidzę piątków 13!

Nie byłam przesądna, nigdy. Przynajmniej nie na tyle, by wierzyć w to, że piątki 13-tego mogą być pechowe. Mogą. Dzisiaj tego doświadczyłam i marzę by ten dzień się skończył.
Wystarczy mi, że mam w poniedziałek dwa zaliczenia semestralne, na które póki co nie umiem nic, poza nadzieją, że szanowna pani B. przełoży nam koło z translacji, co jest mało prawdopodobne, ale czekamy na odpowiedź mejlową w tej sprawie. A póki co mam przed sobą kupkę notatek do ogarnięcia, a że zrobiłam już wszystko byle tylko tego nie ruszyć, to jednak będę musiała się z tym zmierzyć, mimo wszystko.
Ostatnio chyba nie mam szczęśliwych dni. Po wczorajszym dniu na uczelni byłam tak padnięta, że nie miałam siły ruszyć nawet najmniejszym palcem. A i z M. się praktycznie nie widziałam, bo wrócił bardzo późno, ale dziś za to szedł na późniejszą godzinę, więc mogliśmy razem zjeść śniadanie.
Pogoda mnie dobija jeszcze bardziej. Wieje, pada deszcz, jest szaro-buro i mokro. Dzisiaj nawet sypał śnieg, ale co z tego jeśli i tak wszystko od razu się topiło.
Trzeba wziąć się w garść, pomimo pechowego dnia, a to będzie bardzo trudne. Ale też wykonalne.

środa, 11 stycznia 2012

Mimo późnej pory zmobilizowałam się by napisać. Ciężki okres przede mną, więc póki mogę, chciałabym tu zaglądać regularnie. Skubnęłam w międzyczasie wszystkiego po trochu - mam na myśli nadchodzące zaliczenia / egzaminy. Jednak wiem, że wszystkiego muszę uczyć się po kolei i nie da rady inaczej. W poniedziałek pierwsze dwa zaliczenia, semestralne z łaciny i olbrzymi test z translacji. Więc zapowiada mi się pracowity weekend, a potem zabieram się za literaturę amerykańską i pnja. Będzie 'gorąco'. 
Dzisiaj miałam wolne, tak szybko przeleciał mi ten dzień, że nawet sama nie wiem kiedy, no i praktycznie nic nie zdążyłam zrobić. Jutro zapowiada się równie beznadziejny dzień, w połowie spędzony na uczelni. I jeszcze będę się musiała produkować na zajęciach przez 5 minut gadając na wybrany temat. Akurat na takie ćwiczenia teraz mam najmniej ochoty. 
Czy ja już się chwaliłam, że kupiłam sobie steper? No to, teraz się chwalę:) Od niedzieli korzystam z tego urządzenia 10 minut dziennie, na razie tyle, bo nie chcę od razu się przećwiczyć i się męczyć z bolącymi mięśniami. I jak się okazało, jedna dziewczyna z mojej grupy też takowy sprzęt posiada, więc się zmobilizowałyśmy i spotkałyśmy się u mnie wczoraj, żeby poćwiczyć. Przy okazji Agu wzięła swoje notatki, ja wyciągnęłam swoje i starałyśmy się jakoś to wszystko ogarnąć. Jednym słowem, masakra. Tyle tego i ta myśl, że kiedyś nadejdzie ten dzień kiedy będę musiała nad tym usiąść i nie będzie zmiłuj. No i jak to baby, w dodatku dwie palaczki, się spotkały i gadały. Z Agu miałam dość dobry kontakt, ale wczoraj chyba jeszcze bardziej się zgadałyśmy. Oj dobrze mi zrobiło to spotkanie i pogaduchy, w szczególności, że nie codziennie mam ku temu okazję, choć tak naprawdę mieszkam z trzema dziewczynami. Ostatnimi czasy, najlepiej dogaduję się z Pau. Z nią jakoś zawsze się dogadywałam, nigdy nie było między Nami spięć i też akurat wczoraj jak Agu pojechała a ja nie miałam weny do nauki, przeplotkowałam z Pau dobre dwie godziny. I dowiedziałam się różnych fajnych rzeczy. Oczywiście wszystko obracało się wokół tematu Ma., która to zawsze jak tylko nadarzy się okazja wszystkim docina i o byle co fochy strzela. Ostatnio M. poznała pewnego pana S. i z tego co mi wiadomo wielka miłość w niej ponownie zakwitła. Poza tym, ograniczyłam z nią kontakt, bo zwyczajnie nie chciałam być wciągana w te wszystkie opowieści. No ale tak sobie wczoraj siedziałam z Pau. i widzę, że nie tylko mi Ma. robi takie docinki, bo i Pau się oberwało. No a ja się przy okazji dowiedziałam, że Ma. mówiła, że ja nic, tylko siedzę z M. w domu, że nigdzie nie wychodzimy. Żadna nowość, już ostatnio usłyszałam, że ma żal, że spędzam z M. wolny czas, a z nimi siedzę jak M. jest w pracy. Nie rozumiem jej, i chyba już nie zrozumiem. Aż mi się nie chce o tym myśleć i denerwować bo nie ma to sensu. Po prostu ma dziewczyna swój świat. 

sobota, 7 stycznia 2012

Rodzinnie :)

Nie wiedziałam, że spotkania rodzinne mogą być przyjemne. Mogą! I to nawet bardzo:) Byliśmy z M. na urodzinach mojego wujka. Pierwszy raz zebraliśmy się wszyscy u niego, odkąd ma nowe mieszkanko i mieszka z U. i muszę Wam powiedzieć, że choć mieszkanko mają małe, to pięknie urządzone! I tak przytulnie:) Nie było tak typowo rodzinnie, nudno, przy stole. Było coś w rodzaju szwedzkiego stołu, a Wszyscy siedzieli na kanapie przy takich małych stoliczkach z Ikei:) Było tak miło i sympatycznie, że zupełnie straciliśmy poczucie czasu:) szczególnie jak było już po kawie i kolacji, wszyscy sobie siedzieliśmy i było tak miło:) przy winku i małpkach:) pierwszy raz takowe piłam i muszę Wam powiedzieć, że to całkiem fajna sprawa:) nawet nie wiem co to za alkohol był, ale nawet dobry:) ja akurat dostałam taki przezroczysty, który miał cały rytuał picia:) otóż bierze się taką małą buteleczkę, ok 20 mililitrów, odwraca się do góry nogami i puka w stół aż się nie spieni i nie zrobi białe, potem się odkręca, chwyta zębami, przechyla i pije na raz:) fajna zabawa. Także na prawdę miło i to po raz pierwszy od dawna. Aż się nie chciało tyłka z kanapy podnosić.

piątek, 6 stycznia 2012

U lekarza.

Zbierałam się w sobie od kilku miesięcy.  Częściowo zdążyłam już zaprzepaścić moje dotychczasowe starania, zresztą na własne życzenie i przez własną głupotę! Żałuję, że zrobiłam taką długą przerwę. Tłumaczyłam się sama przed sobą, byle pretekst był dobry i zagłuszał moje wyrzuty sumienia. No cóż, całe życie uczymy się na własnych błędach. Grunt, że w końcu się zebrałam i wizytę u lekarza mam za sobą. I jak było? Mogę tylko żałować (po raz kolejny!), że nie trafiłam do tego lekarza od razu. Postawił inną diagnozę, wszystko wyjaśnił, wytłumaczył, zbadał! i był taki ludzki... a co najważniejsze nie wziął ode mnie ani grosza, w porównaniu z tym, że poprzedni mój lekarz wyciągnął ode mnie majątek! Nie dostałam też leków, bo pan doktor stwierdził, że to jedna z dwóch opcji leczenia mojej choroby a w dodatku mniej efektywna. Więc co jest lekarstwem na moją 'dolegliwość'? Aktywność fizyczna plus dieta, a co za tym idzie spadek masy ciała. Wydaje się to być takie proste! Będę musiała wygrzebać w sobie sporą dawkę motywacji.  Dlatego właśnie chrupałam marchewkę pociętą w słupki zamiast wcinać czekoladę. I powiem Wam, że zamiennik o wiele zdrowszy ale i nawet całkiem smaczny. Mam tylko nadzieję, że przezwyciężę mój słomiany zapał i mi się uda! Więcej o mojej 'walce' na blogu, który prowadzę wspólnie z Ann :) link po prawej.

czwartek, 5 stycznia 2012

Obawiam się, że nadchodzące dni, a nawet najbliższe dwa miesiące, mogą być dla mnie bardzo trudne. Zaliczenia i zbliżająca się sesja odbierają mi i tak już niewielką ilość pozostałej we mnie energii. Miałam pójść na przedtermin z literatury amerykańskiej, ale doszłam do wniosku, że nie ogarniam jej ani trochę więc nie wiem, czy jest to realne. Z drugiej strony pierwszy termin wypada pomiędzy dwoma najważniejszymi egzaminami i wątpię abym miała czas w ogóle do tego wtedy zajrzeć. Jestem w kropce, bo kompletnie nie wiem co mam zrobić. Do czego się zabrać w pierwszej kolejności też nie wiem. I zła jestem na siebie za mój brak organizacji. Bo wszystko jest pilne i już sama nie wiem co bardziej. I zero światełka w tunelu.

środa, 4 stycznia 2012

Opuścił mnie mój optymizm. Dobre chęci też. Miałam takie ambitne plany, miałam wykorzystać ten tydzień maksymalnie, miałam tyle zrobić. Tymczasem zrobiłam jedno tłumaczenie na zajęcia. A teraz siedzę, tyle do zrobienia, a ja nie wiem za co się zabrać. I siedzę. Może nagle mnie coś natchnie, np. na napisanie planu pracy lic.

wtorek, 3 stycznia 2012

Wspólny cel z Ann.

W czwartek wizyta u Pana Doktora. Trzymajcie kciuki! Zmotywowana przez Ann, nabrałam sił na ponowną walkę z chorobą i ze zbędnymi kilogramami. Pełna optymizmu wiem, że skoro raz mi się udało, to drugi raz też się musi udać! Dobre chęci to połowa sukcesu! Startujemy z Ann, mamy wspólny cel, a razem raźniej:) Zapraszamy - kilogramowo.blogspot.com


Wiosna w środku zimy.

'Piękną mamy wiosnę tej zimy'. Dziś rano, jak tylko otworzyłam oczy, z niedowierzaniem wyszłam na balkon. Słońce. I bezchmurne niebo. Wszystkiego mogłam się spodziewać, ale nie tak pięknej pogody. Owszem, może nie jest szał z temperaturą, ale sam widok słońca wystarczy mi w zupełności. I od razu nastrój mam lepszy:) jak to wiosną:)
Wczoraj udało mi się trochę uporządkować notatki. Nawet miałam dobre chęci, bo zaczęłam wypisywać słówka, ale potem gdzieś po drodze je zgubiłam. Skończyło się na ugotowaniu obiadku dla M., który jak wrócił z pracy dał mi prezent 'przeprosinowy' :) spodziewałam się kwiatów, a tu niespodzianka! Małe coś a cieszy:)

No i na deser truskawki (mrożone, bo mrożone ale zawsze coś:)) z bitą śmietaną:) pycha:) 
Generalnie, pomijając fakt przeprosin, już po samych zaręczynach zauważyłam ogromną zmianę w zachowaniu M. Stał się bardziej czuły i opiekuńczy. I już nie wykręca się, że jest zmęczony po pracy. bardzo mnie to cieszy i mam nadzieję, że tak już zostanie. 
Atmosfera po sylwestrowym 'incydencie' powoli została całkowicie oczyszczona. 
A na dziś planuję zająć się tłumaczeniem na poniedziałkowe zajęcia, a jak to zrobię to potem się zobaczy.  Powoli czas zaczyna deptać mnie po piętach, więc muszę się bardziej zmobilizować.
No i najważniejsze, dodzwoniłam się dziś do lekarza więc mam nadzieję, że niebawem wszystko ruszy, a najbardziej moja waga.

poniedziałek, 2 stycznia 2012

Powrót do rzeczywistości.

Minęły święta, sylwester też za nami, więc pora wrócić do rzeczywistości. Pora sięgnąć po zakurzone notatki, zrobić z nimi porządek, zrobić listę rzeczy, które trzeba zrobić (nauczyć się) i do roboty. Co prawda mam cały tydzień wolnego jeszcze, ale chciałam go przeznaczyć na przygotowanie się do zbliżających się zaliczeń/sesji. Tak więc w planach mam spędzenie dnia w notatkach i mam nadzieję, że chociaż w  jakimś stopniu mi się to uda.
Sylwestra spędziliśmy częściowo u rodziców, potem wróciliśmy do Poznania i wybraliśmy się na Plac Wolności. Po koncercie Perfect'u i pokazie sztucznych ogni wróciliśmy do domku, a potem, a potem nie chcę już pamiętać. Wczorajszego dnia też pamiętać nie chcę.
A dziś, dziś się wyspałam, zjadłam śniadanko, ba! nawet zdążyłam już zrobić zakupki:) i kupiłam sobie w Biedronce zestaw (3szt) puszek:) jedną już przeznaczyłam na kawę, której uczę się pić! A dwie pozostałe póki co nie mają swojego przeznaczenia, ale zapewne niebawem takowe znajdą. Już moja w tym głowa.
Nie mam pomysłu na tego bloga, tzn. na jego wygląd. Szukam, zmieniam i nic mi nie pasuje, dlatego zostawię go póki co w wersji roboczej i zajmę się tym w wolnej chwili.
Miłego dnia. Wracam do rzeczywistości.

niedziela, 1 stycznia 2012

Nie pamiętać.

Witajcie w Nowym Roku. Jeszcze w piątek, w ostatniej notce, składałam Wam noworoczne życzenia. Ja też takie otrzymałam... zdrowia, szczęścia, miłości i niezapomnianej zabawy sylwestrowej. Problem w tym, że obudzona o 5.30 przeżyłam coś, czego pamiętać nie chcę, a wiem, że na długo pozostanie w mojej głowie. Nie pamiętać. To moje jedyne życzenie. 
To niesamowite jak w jednym momencie może się wszystko posypać. Jak przez chwilę, wszystko co kochasz, co jest najważniejsze wisi na włosku. 
Nie chcę o tym pisać, co dokładnie się stało. Bo się tego wstydzę, tego okropnego widoku. To było poniżające. Wiem tylko, że na chwilę obecną niczego nie jestem już pewna. I chyba długo nie będę, o ile kiedykolwiek będę. Powstrzymuję się, by Go nie znienawidzić. A pierścionek? Leży zdjęty z palca i czeka na lepszy dzień. Tylko czy się doczeka?
Jestem w totalnej rozsypce. Siedzę na nie swoim łóżku, w nie swoim pokoju, sama i modlę się aby to wszystko się nie wydarzyło. Trzymam w ręku telefon, przeglądam kontakty i czuję się jeszcze bardziej samotna, bo nie ma w nich osoby, do której mogłabym zadzwonić nad ranem i zwyczajnie się rozpłakać.