poniedziałek, 31 października 2011

Lenistwo.

Dopadło mnie przedświąteczne lenistwo. Akurat dziś, kiedy chciałam zrobić "coś" pożytecznego. Mam w zanadrzu do przetłumaczenia opracowanie techniczne, znalazłoby się kilka uczelnianych spraw. Wiem, miałam odpoczywać, bo właśnie po to jest te kilka dni, by sobie odpocząć. A ja jednak mam okropne wyrzuty sumienia, że mi się nie chce.
Wczoraj dojrzałam do tego by usunąć mój stary onet'owski blog. Tak, to znaczy, że zadomowiłam się tu na dobre i nie zamierzam się przenosić. Dobrze mi tu. Wszystkie notki ze starego bloga są dostępne tu, więc niczego mi nie żal. Zastanawiam się też, nad ograniczeniem dostępu do tego bloga. Ale to może kiedyś.
Właśnie zrobiłam sobie zieloną herbatkę z pigwą i próbuję się zmobilizować.
Do napisania!

niedziela, 30 października 2011

Jesiennie.

Za oknem już dawno mamy jesień. I to wcale nie koniecznie tą, z górą złoto-żółtych liści, słońcem, które jeszcze czasem ogrzewa twarz swoimi promieniami. Jest zimno, wietrznie, nawet deszczowo. Niezbyt optymistycznie. I choć u mnie na blogu również jesiennie, chciałam by było tu przytulnie. Chociaż tu.
Jak się ma taką osobowość jak ja, to się odchorowuje wszelkiego rodzaju porażki. Czy już mi przeszło? Nie wiem. Być może. Póki co, A. pojechała na święta do domu. Może to i lepiej, może właśnie dlatego atmosfera cho trochę się oczyściła. Rozmawiałam dziś z Ma. Próbowała usprawiedliwiać zachowanie A., próbowała wynajdywać dowody, że to jednak ja zawiniłam. Chyba się jej jednak to nie udało. Widziałam jej minę, kiedy powiedziałam, że słyszałam ich rozmowę. Nie powiedziała słowa. Powiedziała tylko, że mam porozmawiać z A., kiedy wróci po świętach. Kiedyś może i bym z nią porozmawiała. Kiedyś, ale nie teraz. Teraz nie wyciągam ręki za każdym razem, dla świętego spokoju. Bo to jakbym przyznała się do winny, a nie czuję się winna. Wiem, ciężka jestem i skomplikowana. Ale mimo wszystko, nie ja zachowałam się jak rozkapryszona nastolatka, nie ja głupio się obraziłam zamiast przyjść i porozmawiać jeśli coś było nie tak. Ale dość już o tym. Już prawie to odchorowałam. Już prawie nie pamiętam. Prawie.
Po raz pierwszy od dłuższego czasu mam czas tylko dla siebie. Dopiero teraz to czuję, mam Go na wyciągnięcie ręki, zasypiam i budzę się przy Nim. Potrzebowałam Go tylko dla siebie, na wyłączność.
Jutro M. idzie jeszcze do pracy, a ja mam cały dzień dla siebie. Planowałam pojechać na cmentarz do moich dziadków, rodziców mojego taty. Mam nadzieję, że trafię, co roku mamy z tym problem i błądzimy po alejkach. We wtorek jedziemy z M. do moich rodziców na obiad, potem na cmentarz, do moich dziadków na kawę i pewnie do rodziców M., także zapowiada się rodzinnie. I zamierzam sobie odpocząć, przynajmniej do środy. I mam nadzieję, że pogoda będzie nieco bardziej słoneczna i znośna.

czwartek, 27 października 2011

Przyjaciele są po to, by nas wspierać, mimo wszystko.

Po wczorajszych zajęciach po raz kolejny przekonałam się, że nie warto. Nie warto ufać. Kiedy w końcu komuś zaczynam ufać, on daje mi tysiąc powodów, dla których nie powinnam. Bo przyjaciele są po to, a przynajmniej powinni być po to, by nas wspierać, mimo wszystko. Dzisiejsze zachowanie A. pokazało mi jak bardzo się co do niej pomyliłam. Jak widać nie potrafiła zrozumieć, że źle się czułam na wczorajszych zajęciach i dlatego wróciłam wcześniej do domu, bo męczyłam się tam. Dziś słowem się do mnie nie odezwała, stać ją było jedynie na sms-a, że zachowałam się jak rozkapryszona nastolatka. A  z tego co widzę, to jej zachowanie jest co najmniej dziecinne - zamiast porozmawiać, lepiej się obrazić i nie odzywać ani słowem. Można i tak. No trudno.

To nie dla mnie!

Stałam przed lustrem na sali i widziałam zakompleksioną Niebieskooką, któa z każdym ruchem podobała się sobie coraz mniej, z minuty na minutę, nie miałam ochoty patrzeć na siebie. To było okropne uczucie, czułam się fatalnie. Stałam pośród dziewczyn próbując naśladować ich ruchy, bezskutecznie. Nie nadążałam, nie wiedziałam kiedy jaki krok, Może gdybym była tam od początku, może wyglądałoby to trochę inaczej. Swoją drogą mogłam przewidzieć, że to nie dla mnie i uniknęłabym kompromitacji. Uciekłam stamtąd, jak przestępca, ale wiedziałam, że jeśli tam zostanę, to pogrążę się jeszcze bardziej. Porażka na całej linii.
Teraz wiem, że najlepszym rozwiązaniem dla mnie jest siłownia i trzeba było od razu się tam zapisać zamiast kombinować. No cóż człowiek uczy się na błędach, tylko coś czuję, że ja mój błąd będę musiała długo odchorować.

poniedziałek, 24 października 2011

Coś nowego.

Po piątkowej wizycie u mojej nowej Pani Doktor byłam pod ogromnym wrażeniem! Cała wizyta trwała godzinę, co w porównaniu z poprzednimi pięciominutowymi wizytami u mojego poprzedniego lekarza, robi ogromną różnicę. I w końcu poczułam się i uwierzyłam, że dam radę. Ostatnio byłam już tak przemęczona, że na samo słowo 'dieta' miałam dość! Teraz, dzięki zmianie lekarza, odzyskałam moje pozytywne nastawienie! Pani doktor przeprowadziła ze mną szczegółowy wywiad, co lubię, a czego nie lubię. Wczoraj przysłała mi na mejla dietę, specjalnie opracowaną dla mnie. Po moich poprzednich doświadczeniach byłam gotowa na wszystko, a i tu mile się rozczarowałam... spaghetti, mięso z kurczaka duszone z warzywami, zupa krem z marchewki, kurczak po meksykańsku... i aż się chce być na takiej diecie! Oczywiście wszystko ograniczone kalorycznie, ale naprawdę nie sposób głodować na takiej diecie. Dziś dzień pierwszy, a i z każdym kolejnym dniem będzie coraz lepiej! Dziś na obiadek sałatka z kurczakiem:) pycha! I oczywiście ruch. Dziś, szczęśliwym trafem, znalazłam w skrzynce na listy ulotkę "Zumba fitness". Zafascynowana nazwą, weszłam na podany adres www i nakręciłam się jeszcze bardziej! Na pierwsze zajęcia idę w środę, zapoznawczo, a jak mi się spodoba (mam taką nadzieję!) to będę chodzić dwa razy w tygodniu. Myślę jeszcze intensywnie o odkurzeniu moich kijków do nordic walking i można robić rundki po osiedlu. Zaopatrzyłam się też w wagę, bo muszę ważyć się co tydzień i przesyłać 'raporty' mojej Pani Doktor. Już dawno nie było we mnie tyle pozytywnej energii! I czuję, że czas zmienić moje monotonne życie!

czwartek, 20 października 2011

Mam!

Czasami nie nadążam sama za sobą. Czasami mam sama siebie dość. Czasami podziwiam samą siebie. Jakieś kilkanaście minut temu, rozmawiając z moją mamą przez telefon, jeszcze nie byłam przekonana. Za to teraz jestem już prawie pewna i chyba mam już temat mojej pracy licencjackiej. Jeszcze sama w to nie wierzę, jeszcze to wszystko wydaje się być zbyt świeże, zbyt nierealne. A jednak. Musiałam się tutaj tym pochwalić. Bo jak nie tutaj, to gdzie? Czeka mnie teraz upewnienie się w przekonaniu, że to jest właśnie to, przedstawienie tematu mojemu promotorowi i szukanie bibliografii a to chyba będzie najtrudniejsze. No cóż, póki co idę się przespać z tą myślą, a uwierzcie mi, że zaśnięcie teraz będzie dla mnie nie lada wyzwaniem.

środa, 19 października 2011

Czasami mam ochotę zostawić to wszystko, a zaraz potem przychodzi myśl, że przecież włożyłam w to dużo serca, że przecież tak bardzo mi zależało, że czułam się naprawdę sobą. Może właśnie dlatego jeszcze tu piszę. Bo jakoś mi żal odciąć się od tego blogowego świata i nie pisać wcale.
Macie rację, dam radę, bo przecież innej opcji nie ma. Tylko szkoda, że czasem brak mi wiary w samą siebie, że za szybko się poddaję.
Mam dziś dzień wolny i planuję pouczyć się na test ze słówek i przetłumaczyć tekst na translację. Plany ambitne i mam nadzieję, że nie zdezerteruję. Bynajmniej pogoda za oknem nie zachęca nawet do wstania z łóżka.
I mam równie ambitny plan na weekend - jeden dzień przeznaczam tylko na przebywanie z Nim, o ile będzie to możliwe, bo i nauki mam sporo.

poniedziałek, 17 października 2011

Chyba już nikt mnie tu nie odwiedza. Chyba się wypaliłam, lub po prostu mam za dużo nauki. Uwielbiam moją ciągłą sesję. I co z tego, że się uczę, że dostaję piątki... nie odczuwam z tego większej satysfakcji. Brakuje mi wakacji, a pomyśleć, że dopiero co się skończyły.
Jutro kolejny test ze słówek, a ja siedzę bezczynnie patrząc w notatki i zupełnie nie mam ochoty tego ruszać. Niby miałam weekend, ale co z tego, jeśli w ogóle go nie odczułam. Tak bym chciała wyjechać, na przykład w góry. Wyjść na balkon w hotelowym pokoju i zaciągnąć się świeżym powietrzem.
Nie czuję już tych studiów, tego kierunku. I w tym też się już wypaliłam. Czeka mnie pisanie licencjatu, tematu nadal brak i zero jakichkolwiek pomysłów, żadnego punktu odniesienia.
I nie wiem kiedy znów napiszę. Póki co, nie czuję tego. Niczego już nie czuję. Przepraszam.
I jedynie On jest mojego życia powodem. Jak dobrze, że jest.

sobota, 15 października 2011

Weekendowo.

Wszystko wygląda dziś o wiele lepiej niż ostatnio. Fakt, zapowiada mi się pracowity tydzień, łącznie z weekendem, ale chyba jakoś udało mi się wszystko poukładać i póki co światełko w tunelu jest.
W czwartek, z racji tego, że jesteśmy już wszystkie cztery w mieszkaniu, wybrałyśmy się na wspólną imprezę. Miejsce było Nam bliżej nieokreślone, wyszło spontanicznie i nawet całkiem przyjemnie, poza jednym faktem iż założyłam buty na bose stopy i strasznie je sobie pokaleczyłam... ale cóż, grunt, że się udało.
Piątek spędziłam głównie robiąc cotygodniowe porządki. Swoją drogą, jak przez jeden tydzień można nabałaganić! Ba, mi wystarczy 5 minut! Ale bałagan został szybko okiełznany.
A dziś z racji, że miałam korki w mojej miejscowości, z samego rana przyjechałam do domu. Zdążyłam już dokończyć wypisywanie słówek na test z translacji i czekam za M. i wracamy do mieszkania. I niestety czeka mnie samotny weekend, bo M. jedzie dziś do Warszawy i wraca jutro po południu.
No cóż to tylko jeden wieczór, jakoś wytrzymamy, a i będę miała więcej czasu, żeby się nauczyć i większą motywację, by jutrzejsze popołudnie spędzić z Nim.

środa, 12 października 2011

'Panie Boże, zatrzymaj Ziemię, ja wysiadam'.

Po dzisiejszym dniu mogę zdecydowanie powiedzieć, że mam dosyć. Kiedyś, będąc jeszcze dzieckiem, przeczytałam na murze napis 'Panie Boże, zatrzymaj Ziemię, ja wysiadam'. Dziś dokładnie rozumiem sens tych słów i mam przeogromną ochotę to powiedzieć. Wszystkie uczelniane sprawy skumulowały się w jedną wielką całość, która przytłacza mnie nie pozostawiając żadnego światełka w tunelu. Przede mną kartki na translację ze słówkami, które przecież i tak nigdy mi się nie przydadzą, w perspektywie trzy testy ze słówek, uwierający coraz bardziej brak tematu pracy licencjackiej i wszystkie inne, mniej lub bardziej dobijające kwestie. Chciałabym usiąść i płakać, ale nawet na to nie mam już dziś siły. Kiedy byłam dzieckiem, wydawało mi się, że moje problemy są monstrualnych rozmiarów - teraz, po latach wiem jak bardzo się myliłam. I tak bardzo chciałabym mieć te moje dziecięce problemy, zamiast tych obecnych.
Poza tym, cały mój dzisiejszy dzień zdecydowanie nie należy do tych udanych. Począwszy od snu, po którym obudziłam się rano i poczułam jak bardzo chciałabym aby M. był przy mnie, skończywszy na wieczorze spędzonym na tłumaczeniu tekstu, jakże beznadziejnego tekstu, o UE. Chyba tylko sen jest w stanie załagodzić całą tą beznadziejną sytuację. A więc idę spać. Dobranoc.

wtorek, 11 października 2011

Kolejny deszczowy dzień.

I jednak jestem tu. Nie, nie zaczynam od nowa, kontynuuję. Jakoś udało mi się to wszystko tutaj przenieść. Mam nadzieję, że tak już zostanie, bo nawet się już tu zadomowiłam. Prawie. Spróbować warto, a kiedy już będę pewna, że chcę tu zostać, usunę bloga na Onecie, a póki co zostawiam oba.
Mam wrażenie, że to nie kwestia poniedziałku, tylko tego deszczu, który pada  już drugi dzień i ani mu się śni przestać. Korzystając więc z jutrzejszego wolnego dnia, wybieramy się z A. wyposażyć się w parę kaloszy. I w planach mam zabrać się za tłumaczenie słówek na zbliżający się test.
Generalnie jestem dziś zła. Już jakiś miesiąc temu, jak tylko dostałam w swoje ręce katalog Ikei, znalazłam drewniane szufladki, które od 3 października miały być o połowę tańsze. I czekałam cały wrzesień i... przegapiłam! Promocja trwała do wczoraj! A ja poszłam dziś. Zła byłam strasznie, a właściwie nadal jestem. Specjalnie wzięłam auto od M. i pojechałyśmy z dziewczynami, a tu dupa.
Na uczelni zaczynają się już zaliczenia, ale jestem zadowolona, że zajęcia mam z takimi, a nie innymi wykładowcami. Chyba lepiej trafić nie mogłam. Pozostaje mi nadal do wymyślenia temat pracy licencjackiej, ale póki co nie mam kompletnie do tego głowy, zupełna pustka.
I zmęczona już jestem dzisiejszym dniem. Deszcz zdecydowanie wykradł ze mnie cały dzisiejszy optymizm. I jakoś wszystko mnie drażni, znów.

poniedziałek, 10 października 2011

Deszczowy poniedziałek.

Nie dość, że poniedziałek, to jeszcze pada - zdecydowanie nie lubię poniedziałków! Zajęcia na uczelni kończę o 18 i jeszcze ten deszcz, a ja jak na złość nie wzięłam parasola... więc można sobie wyobrazić jak wyglądałam po wejściu do domu. Szybki prysznic i puchaty szlafrok uratowały sytuację. I tylko mam nadzieję, że moje przeziębienie do mnie nie wróci! 
I teraz przyzwyczaić się muszę do takiej właśnie pogody i do jesiennej chandry, która z pewnością dopadnie mnie nie raz. Nie lubię tego! 
Coraz częściej zastanawiam się nad zmianą portalu - wiem, po raz kolejny, ale jakoś ostatnio nic mi tu nie pasuje. Wybredna jestem, wiem. Zastanawiałam się nad założeniem strony internetowej z opcją prowadzenia bloga, ale niestety nie mam o tym większego pojęcia. I dupa. 
Dobrze, że między Nami, pomimo wszystkiego, jest dobrze. Tak się cieszę, że Go mam, że akurat Jego. Bo nikt tak na mnie nie działa jak On. Kocham Go.

czwartek, 6 października 2011

Czy ktoś by za mną tęsknił?

Tak sobie myślę, czy gdyby mnie tu nie było, czy ktoś by za mną tęsknił? Czy komuś byłoby brak mojego pisania? Tych kilku zdań pozostawianych w różnych odstępach czasu?
Nie, nie chcę odchodzić. Po prostu, ciągnie mnie do zmian. Wiem, zaczynałam na różnych portalach i wracałam po krótszym lub dłuższym czasie, bo jednak przyzwyczajenie zwyciężało w tej nierównej walce.
Czwartkowy wieczór, z dwóch propozycji wybrałam tą, która mimo wszystko wydała mi się dla mnie najlepsza -pozostanie w domu, słuchanie najnowszego kawałka z mojej kolekcji i czekanie na M., który jeszcze w pracy. Mimo, że nie lubię samotności, wręcz nie cierpię!, czasami lubię moje samotne wieczory, samotne sam na sam... przynajmniej mam czas żeby napisać. 
Przeziębienie - póki co to ja jestem górą, mam nadzieję, że dalej się to nie rozwinie, bo wystarczy mi kichanie i smarkanie. 
Po miesiącu przerwy, dostałam wczoraj okres. Jakby nie było, z podwójną siłą. Pół nocy nie spałam wiercąc się na łóżku i mam nadzieję, że dziś uda mi się wyspać. A tak na marginesie, czy ciężko jest zrozumieć, że mając okres taki jaki się ma, lepiej zostać w domu niż chodzić po mieście i wrócić z krwotokiem? Czasami mam wrażenie, że tylko ja używam opcji rozsądku.
Na uczelni powoli przyzwyczajam się, oswajam z translacją i innymi przedmiotami. Nadal moje seminarium stoi pod znakiem zapytania, bo niestety nie utworzyli mojego metodycznego seminarium, ale mam nadzieję, że jutro mniej więcej będę wiedzieć na czym stoję. 
W mieszkaniu jest już cały komplet, A. wróciła z Anglii, więc myślę, że teraz wszyscy musimy się dotrzeć i mam nadzieję, że wszystko obejdzie się bez większych problemów. 

poniedziałek, 3 października 2011

I mamy poniedziałek.

I mamy poniedziałek. Nowy semestr rozpoczęty. Wróciłam z uczelni, wzięłam prysznic i siedzę przed komputerem z gorącym gripex'em :/ niestety, chyba mnie łapie jakieś przeziębienie, ale mam nadzieję, że uda mi się go pozbyć zanim zaatakuje większą część mnie. A to wszystko przez tą pogodę! Rano i wieczorem jest masakrycznie zimno, a w dzień rozpływam się od tego ciepła. I jak tu nie być chorym? Nawet nie wiem jak się ubrać! W słońcu za ciepło, w cieniu za zimno. Generalnie dzisiaj raz mi było potwornie gorąco, po chwili strasznie zimno. I tak moje jutrzejsze zajęcia stoją pod znakiem zapytania, ale mam nadzieję, że nie rozłożę się do końca.
W dzień moich urodzin obudziłam się w paskudnym humorze. Myślałam, że M. straci do mnie swoją cierpliwość. Nic mi nie pasowało. Ale udało się M. wyciągnąć mnie do sklepu i pomogła mi miska lodów bakaliowych z bakaliami:) i wbrew pozorom, dzień minął Nam całkiem sympatycznie. Pojechaliśmy do rodziców, mama upiekła mi szarlotkę:) a wieczorem razem z Ma. oglądaliśmy Mam talent i The voice of Poland popijając martini z colą. A i tak moje dziewczyny zapowiedziały mi imprezę, jak już będziemy w komplecie, bo dopiero jutro dołącza do nas A., która wraca z Anglii. 
W niedzielę, wybraliśmy się z M. poszukać dla mnie buty. Myślałam, że już nic nie kupię... wszystko albo na wysokim obcasie albo na koturnie, a mi się marzyły zwykłe botki na jesień, na płaskiej podeszwie i takie, o dziwo!, udało mi się znaleźć. Także weekend mieliśmy naprawdę udany.
Za to dziś, po zajęciach na uczelni padam. Trochę czasu chyba minie zanim się przyzwyczaję i przestawię. Na szczęście obędzie się bez wstawania na 8 rano. Chociaż jakiś plus tego mojego planu. Ale poza tym, chyba nie mam na co narzekać.
Zapowiada się wieczór z gripex'em. Mam nadzieję, że M. zrozumie, że ta konkurencja jest konieczna.