We wtorek, tak jak planowałam, pojechałam od rana zrobić sobie moje badania. Na wyniki muszę poczekać do połowy przyszłego tygodnia, ale za to miałam na dłoni rasowego siniaka, który już praktycznie mi zszedł. Udało mi się też zobaczyć z małym Jaśkiem, który o dziwo, nie był zainteresowany moją osobą. Wręcz przeciwnie, dopiero pod koniec mojego pobytu u niego przekonał się, że ja i moje niebieskie paznokcie, które tak bacznie obserwował, nie stanowią dla niego zagrożenia. Więc pod koniec to już nawet wypowiadał moje imię. Mały jest taki kochany, urwis - jak to małe dzieci, ale słodki. Coraz więcej mówi, wiadomo, że pojedyncze wyrazy, ale potrafi wszystko powtórzyć, nawet nuci melodię, ma malec wyczucie rytmu. A najlepsza jest scena z lustrem, na którego widok Jaś uśmiecha się od ucha do ucha i pokazuje język i patrzy skubany czy ja też wyciągam.
Od środy do piątku byłam już w biurze. Udało mi się w końcu rozpakować całe archiwum, więc najgorsze już za mną. Teraz czekają mnie dwa tygodnie w biurze bez B., która ma urlop, więc wszystko na mojej głowie, łącznie ze służbowym telefonem. Mam nadzieję, że chłopacy dadzą mi żyć choć trochę.
A weekend? Ten, pomimo fatalnej pogody, okazał się całkiem sympatyczny i wesoły! W sobotę pojechaliśmy do rodziców. Moi rodzice mają w poniedziałek rocznicę ślubu, a z racji tego, że pewnie jutro do domu nie pojadę, już w sobotę wręczyliśmy im (jak się okazało zupełnie przypadkiem!) ich ulubione wino. Potem odwiedziliśmy rodziców M., no i spotkaliśmy się z N., która przyjechała w końcu na wakacje. I tak od słowa do słowa uzgodniliśmy, że zabieramy N. do Nas i odwieziemy ją następnego dnia. Więc poszła butelka (okropnego!) wina, kilka butelek piw i niezdrowego jedzenia. Koło północy ubraliśmy się ciepło i ruszyliśmy pod hotel, po naszego kolegę, który kończył pracę. Spędziliśmy kilka godzin w plenerze śmiejąc się i gadając. Czasami myślę, że takich właśnie chwil mi brakuje, kiedy mogę pośmiać się i zapomnieć o reszcie mniej lub bardziej ważnych spraw, które o drugiej lub trzeciej w nocy, nie mają najmniejszego znaczenia.
I niech już przestanie padać, no!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz