Zainspirowana przez Magnolię postanowiłam napisać o moich 'małych - wielkich miłościach".
Jako nastolatka nie miałam wielu znajomych. I o ile wogóle ich miałam, byli to ci, którzy byli kiedy mnie potrzebowali. Jakoś nie cieszyłam się popularnością wśród rówieśników, co niestety dawało mi się we znaki ogromnie. Może dlatego, że oboje moich rodziców pracowało w szkole, nie byłam kojarzona jako osoba, z którą warto by było się zadawać. Więc w podstawówce generalnie jeśli już miałam znajomych, były to znajomości bardzo powierzchowne, a co dopiero tu mówić o zainteresowaniu płci męskiej moją osobom. Owszem, pamiętam jednego chłopaka z czasów wczesnoszkolnych, ale z tego co pamiętam nie trwało to dłużej niż kilka dni i był to raczej nic nieznaczący 'epizod'. Nic więcej. Potem poszłam do gimanzjum, do innej szkoły. I dopiero tam przestałam być częściowo kojarzona jako córka 'ciała pedagogicznego'. Więc w gimnazjum było trzech chłopaków, którzy na dłużej pozostali obiektem moich zaintereowań. Czy to czysty przypadek, że ich imiona zaczynały się na literkę P.? Właśnie zdałam sobie z tego sprawę. Pierwszy był Patryk, w kalsie wyżej. Pierwsze moje zakochanie, tęskniące spojrzenia w jego kierunku podczas szkolnych przerw. Zawsze trzymał się ze swoimi klegami w niezmiennym składzie. Było kilka spotkań naszych oczu, najpierw przypadkowe, potem zamierzone. Telefony, kilka zamienionych słów, bardziej moich niż jego. Kilka mniej lub bardziej przypadkowych 'spotkań' na mieście, kiedy widziałam go razem z kolegami. Nic więcej. Nawet nie rozmawialiśmy w cztery oczy. Po jakimś roku rozeszło się po kościach. Drugi był Paweł. Znaliśmy się jeszcze z podstawówki, chodziliśmy do jednej klasy. Ale tak naprawdę zauważyłam go dopiero w drugiej klasie gimnazjum. Chodziliśmy do równoległych klas, ja do A, on do B. Jeździliśmy do szkoły tym samym autobusem. Dzięki mojej koleżance, on dowiedział się, że mi się podoba. Od samego początku dał mi jednak do zrozumienia, że nie szuka dziewczyny. Było kilka zdań zamienionych w szkole. Pamiętam, że wpisał mi się do pamiętnika. Po jakimś czasie dowiedziałam się, że podoba mu się dziewczyna z pierwszej klas. Wtedy to był dla mnie cios. Byłam obrażona na cały świat i na niego, bo ponoć nie chciał mieć dziewczyny. Ale minęło kilka tygodni i samo przeszło. Pamiętam jak bardzo cierpiałam, ze wszystkie moje koleżanki z kimś chodzą, a ja jedna nie. Potem poszłam do trzeciej klasy. Pojechaliśmy na klasową wycieczkę i tam zaczęła się historia z Piotrem. Chodziliśmy do tej samej klasy, a tak naprawdę oboje nie zwracaliśmy na siebie uwagi, co więcej nie przepadaliśmy za sobą. Któregoś wieczoru, kiedy razem z dziewczynami poszłyśmy do pokoju chłopaków i spędziliśmy wieczór grając w karty, popijając colę i jedząc paluszki, spojrzałam na niego i poczułam dziwne ukłucie w brzuchu. Na tej wycieczce całą klasą zbliżyliśmy się do siebie, mieliśmy okazję się poznać poza szkolnymi murami. I może właśnie w ten sposób zaczęłam widzieć w P. kogoś więcej niż kolegę z klasy. Nie przespałam wtedy pół nocy, przegadałam z koleżanką, nawet napisałam mu list, o tym, co poczułam. Następnego dnia koleżanka zaniosła mu list. Był to dzien wyjazdu do domu z tego, co dobrze pamiętam. Kiedy poszłyśmy z dziewczynami do ich pokoju, on tez tam był, podszedł do mnie i zapytał czy sama pisałam ten list. Wszyscy patrzyli na nas. Odpowiedziałam mu, że tak, a on mnie przeprosił. Za co? Zawsze lubiłam pisać szkolne wypracowania i co więcej, całkiem nieźle mi to szło. Z wypracowań dostawałam zawsze same piatki i szóstki, a cała klasa uważała, że na to nie zasłużyłam. Więc P. po przeczytaniu mojego listu tak wmurowało, że przeprosił mnie, że się ze mnie nabijali. Poczułam w sercu taką ogromną radość, poczułam się doceniona. Wracaliśmy do domu autobusem, ja zkoleżanką siedziałyśmy razem i po drugiej stronie siedział P. ze swoim kolegą. Byłam uszczęśliwiona jego widokiem. Ukradkowe spojrzenia i nieśmiałe uśmiechy. P. wziął mój telefon i wpisał mi swój numer telefonu. Miał się odezwać następnego dnia. Odezwał się. Pisaliśmy smsy, o wszystkim i o niczym. Pisałam do niego listy, którymi on był oczarowany. Nie oczekiwałam, że mi odpisze, wystarczyło mi, że czytał je wszystkie. Wielkimi krokami zbliżał się koniec roku. Nasz kontakt był glównie smsowy. Nadeszły wakacje i nasz kontakt stopniowo zaczął się urywać. Po jakimś czasie dowiedziałam się, że niby ma dziewczynę. Kolejny cios prosto w serce. Pamietam, że dopiero po dwóch latach przeszło mi całkowicie. W tym czasie widziałam go od czasu do czasu, a nasz kontakt ograniczył się do zwykłego "cześć". Z perspektywy czasu wiem, że głównie nie wyszło nic z tego z mojego powodu. Teraz wiem, że zbyt wiele chciałam, za bardzo chciałam i to go przestraszyło(?). Wiem też, że gdyby nam obojgu nie brakowalo odwagi, na pewno potoczyłoby się wszystko inaczej. Zawsze miałam do siebie żal, że nic nie zrobiłam. Że nie chwyciłam go za rękę kiedy miałam okazję. Ale czasu cofnąć nie potrafiłam. Potem w liceum poznałam kolejnego Piotra. Zawrócił mi w głowie. Mój pierwszy chłopak i pierwszy poważny związek, który trwał aż cztery lata. Były plany o ślubie, dziecku, wspólnym mieszkaniu. Teraz wiem, że o cztery lata za dużo. Był to związek czysto toksyczny, który niszczył mnie. On mnie niszczył. I żałuję, że tak późno przejrzałam na oczy, że tak późno ocknęłam się i zrozumiałam, że to nie jest miłość. I kiedy coraz bardziej to do mnie docierało, pojawił się Robert, nasz wspólny kolega. Jeździliśmy tym samym autobusem, ja na zajęcia, on do pracy. I podczas tych kilkudziesięciu minut spędzanych razem, coś się zaczęło wykluwać. Najpierw były rozmowy. Wydawało mi się, że nikt nie potrafi mnie tak słuchać i zrozumieć jak on. Mogłam mu powiedzieć o wszystkim. Zaczęło się niewinnie. Potem był dotyk rąk, kilka słów. Wiedziałam, że nie może dać mi więcej niż spotkania, o których nikt nic nie wiedział, bo przecież, P. jest jego kolegą i to nie wypada. Rozumiem, chciał być lojalny. Ale ja nawet nie wiem kiedy zadużyłam się w nim po uszy. Więc spotykaliśmy się, na jego zasadach, ale wystarczało mi to. Czułam jego obecność, jego dotyk, pocałunki. Niczego wtedy nie było mi trzeba. To on uzmysłowił mi, że istnieje inne zycie, nie związane z P. I za to jestem mu wdzięczna, to dzięki niemu zakończyłam związek z P. Pewnej nocy przyjechał do mnie, żeby mnie pocieszyć. Kochaliśmy się w trawie. Nic nie miało wtedy znaczenia. Trwało to kilka minut, najdłuższych minut. Potem, z biegiem czasu mi zaczęło zależeć, ale on dawał jasno mi do zrozumienia, że chce tylko jednego. Nasz kontakt pozostał czysto koleżeński, on zmienił pracę, przestalismy się widywać. Mimo to, nigdy niczego nie żałowałam, ani jednej chwili z nim spędzonej. No i potem w moim życiu pojawił się M. - mój Najkochańszy. Z M. pozanliśmy się kiedy ja byłam w liceum. Jeździliśmy tym samym autobusem. Już nie raz opisywałam na blogu tą historię, dlatego nie chcę się rozpisywać. To dzięki M., a właściwie przez M. poznałam P. Pamiętam czas, kiedy zaczynałam spotykać się z P., jeszcze wtedy pisaliśmy do siebie z M. smsy. I któregoś wieczoru zapytałam Go, czy między Nami mogłoby coś być. I wtedy dowiedziałam się że M. ma dziewczynę. Cały czar między Nami prysł. Chemia przestała być wyczuwalna, i P. zajął miejsce w moim sercu. Dopiero po czterech latach spotkaliśmy się ponownie, wiedzieliśmy, że nie przepuścimy drugiej szansy. Po czterech latach powiedziałam Mu, jak bardzo mi wtedy na Nim zależało i usłyszałam, że On oddałby życie za mój uśmiech. Długo oboje mieliśmy żal, że tak długo czekaliśmy na siebie, że tak wiele dni zmarnowaliśmy. Teraz wiemy, że chcemy być razem, na dobre i na złe. Kochamy się, mimo wszystko, a to jest najważniejsze.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz