poniedziałek, 8 sierpnia 2011

7 rzeczy.


7 rzeczy, których jeszcze o mnie nie wiecie…
Zainspirowała mnie Magnolia tymi siedmioma rzeczami, ale zaraz po tym zaczęłam się zastanawiać czego o mnie faktycznie nie wiecie? A może, czy w ogóle jest coś, czego o mnie nie wiecie?
  1. Jestem szatynką, choć praktycznie przez całe moje dotychczasowe życie byłam przekonana iż jestem brunetką! Jakież było moje zaskoczenie, kiedy dowiedziałam się jak bardzo się mylę! No cóż. Mogłabym się nawet zastanawiać, czy mój naturalny kolor nie można by było nawet podciągnąć pod ciemny blond… Ale chyba mojej głowie daleko od naturalności. Przynajmniej na razie. Oj lubiła Niebieskooka eksperymentować z kolorami, oj tak. I długo nie widziałam swojego naturalnego koloru, a jak udało mi się uzyskać na mej głowie odrobinę naturalności, jakiś czort mnie podkusił by kupić farbę. I może nie byłoby tak źle, gdyby nie ten kolor, który wyszedł ciemniejszy niż się spodziewałam! Aktualnie powoli odzyskuję mój naturalny kolorek i poważnie się zastanowię zanim ponownie sięgnę po farbę!
  2. Mam sezonowe piegi! Tak, tak, sezonowe. Od wczesnej wiosny do jesieni, na mojej buzi dominują w artystycznym nieładzie najrozmaitsze kropeczki koloru brązowego :) i pomyśleć, że kiedyś tak bardzo ich nienawidziłam! I mój dziadek mi powtarzał, tak jak mojej cioci, że ja bez piegów jestem jak niebo bez gwiazd. I uśmiechałam się wtedy trochę ironicznie przeklinając w myślach owy wybryk natury. Dopiero po kilku ładnych latach, a właściwie to całkiem niedawno, zrozumiałam i doceniłam to porównanie. Bo ja kocham te moje brązowe kropki co do jednej! I jak to się mogło stać? Kiedy któregoś dnia wzięłam gazetę do rąk i przeczytałam, że dziewczyny malują sobie piegi specjalną kredką, doceniłam matkę naturę, która mi je dała. Co prawda, tylko sezonowo, ale zawsze. I już nie zakrywam ich pod warstwą mniej lub bardziej koloryzujących specyfików.
  3. Zanim trafiłam na filologię angielską, miałam kilka innych pomysłów na siebie. A może warto zacząć, że miałam okres kiedy planów na swoją przyszłość nie miałam wcale. A właściwie moja głupota mną zawładnęła i zbuntowana dziewucha nie chciała słyszeć o żadnych studiach. Całe szczęście, że mi to minęło tak szybko jak się przypałętało! Więc maturę pisałam z polskiego, angielskiego i z biologii. Przez moment zastanawiałam się również (dodatkowo) nad chemią, ale było to chwilowe. Kiedy przyszło do wyboru kierunku studiów i składania papierów, ‘zafascynowana’ biologią złożyłam dwa podania na akademię rolniczą, na biologię i ochronę środowiska. Szczęście moje, że się nie dostałam, bo gotowa byłam tam pójść i cierpiałabym okropnie! A że możliwość miałam złożenia dokumentów na trzy kierunki, ostatnie zaniosłam na UAM, kierunek: pedagogika wczesnoszkolna z elementami języka angielskiego. Wtedy płakałam, że nie spodobał im się mój rysunek na egzaminach wstępnych, dziś wiem, że dobrze się stało. Kiedy wyczerpałam swoje możliwości, a rodzice naciskali coraz bardziej, stanęło na szkole prywatnej. Bo języki obce są bardzo przyszłościowe, a że zawsze lubiłam się ich uczyć, stanęło na Wyższej Szkole Języków Obcych. Po pierwszym roku moje zafascynowanie przeminęło, a moja uczelnia skutecznie pozbawiła mnie jakichkolwiek dalszych chęci. Nie długo musiałam czekać na pierwsze rozczarowanie a teraz nawet śmiało mogę powiedzieć, że wybór, nie tyle co tego kierunku, ale co tej uczelni był, a właściwie nadal jest moim życiowym błędem. Wiem, że jeśli miałabym jeszcze raz decydować, maturę pisałabym z historii a na studia poszłabym na dziennikarstwo lub coś pokrewnego. Bo przecież od zawsze chciałam pisać, od zawsze moją pasją było pisanie. I myślę, że to właśnie w tym odnalazłabym się naprawdę. Praca w redakcji gazety, dobrej gazety, to szczyt moich marzeń.
  4. Tato od dziecka mi powtarzał, że w ‘gorącej wodzie kąpana jestem’. I może wtedy niekoniecznie znałam sens tego stwierdzenia, tak teraz znam go doskonale. I coś w tym jest. Niecierpliwy nerwus, w dodatku ze słomianym zapałem! Moje trzy najgorsze (dla mnie) wady, z którymi (a w szczególności z nerwusem) staram się skutecznie (lub mniej) walczyć. No cóż, nikt idealny nie jest. Zawsze chciałabym mieć wszystko ‘już’, co nie znaczy, że jestem typem rozkapryszonej dziewuchy, bo tak nie jest.  Potrafię czekać, choć cierpliwość jednak moją mocną stroną nie jest i potrafię czasem tupnąć porządnie nogą, ale walczę z tym! I tu wychodzi również mój słomiany zapał… Przerywam jedno, zaczynam drugie, a to zazwyczaj kończy się ‘bałaganem’. Generalnie mam dominującą osobowość i pod tym względem dobraliśmy się z Niebieskookim idealnie, bo jemu wygodniej jest być tą mniej dominującą stroną. I czasami tylko brakuje mi, żeby to On był silniejszy ode mnie, ale to też potrafi, więc wymiana rolami funkcjonuje u Nas bardzo dobrze.
  5. Uwielbiam wszystko, co zalicza się do działu ‘hand made’ (czyt. zrobione ręcznie).  Zdolności plastyczne zdecydowanie odziedziczyłam po mamie. Żałuję tylko, że nigdy nie robiłam nic więcej w tym kierunku. Ostatnio powróciła do mnie chęć robienia czegoś twórczego, więc kto wie czy po wypłacie nie odwiedzę paru miejsc i nie zaopatrzę się w szereg najróżniejszych materiałów i może powrócę dorobienia kartek lub czegoś na własny użytek? Ostatnio zaopatrzyłam się w najzwyklejsze duże drewniane serducho, które można powiesić na sznurku, przykleiłam do niego najzwyklejszą drewnianą klamerkę (taką do prania) i przypięłam plik białych pustych karteczek i całe serducho powiesiłam sobie na regale, pod ręką, na wypadek potrzeby zapisania czegoś ważnego. Efekt końcowy zadowalający w stu procentach. W wolnej chwili, może uda mi się sfotografować moje ‘dzieło’.
  6. Wiadomo, że dojrzewanie u wszystkich przebiega w różnym czasie i ma na to wpływ wiele czynników. W wieku 17 lat byłam gotowa na założenie rodziny, posiadanie dziecka. Wcześnie, a nawet wydawałoby się, że za wcześnie. Byłam wtedy w związku z P. i miałam ogromne plany. Chciałam się usamodzielnić, wyjść za mąż, urodzić dziecko. I nawet przez chwilę wydawało mi się, że mogłam to mieć. Przez chwilę było to tak bardzo realne. Tak, prze chwilę myślałam, że jestem w ciąży. Na szczęście, teraz na szczęście, nie byłam. Po rozstaniu cieszyłam się, że nie zaszłam w ciążę, że nie mam dziecka z nieodpowiedni mężczyzną, ba!, że nie wyszłam za nieodpowiedniego mężczyznę. A jak jest teraz? Teraz wiem, że jestem z odpowiednim mężczyzną i wiem, że dopiero teraz byłabym w stanie, w pełni odpowiedzialnie, założyć rodzinę i urodzić dziecko. Ale też wiem, że nie jest jeszcze na to dobry moment póki studiuję. Wiem, że zegar biologiczny tyka, wiem, że mam prawie 23 lata i wiem, że chcę urodzić przed 30 i wiem, że ma jeszcze kilka lat. Długich lat.
  7. Największy problem sprawia mi ta siódma rzecz, bo mam wrażenie, że już wszystko o mnie wiecie… więc może umówmy się, że zostawię ją Wam – jeśli chcecie coś o mnie wiedzieć, piszcie. Chyba tak będzie prościej, łatwiej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz