poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Weekend minął mi jak zawsze...

Weekend minął mi jak zawsze - za szybko. I zaczął się niezbyt przyjemnie, o czym zdążyłam już Wam po części napisać. 
W środę, korzystając z ładnej pogody, stwierdziłam, że wypiorę sobie ręczniki, tym bardziej, że już mi się 4 uzbierały. A że nie chciałam robić dwóch prań z rzędu, w czwartek wyprałam ciemne rzeczy a w piątek wstawiłam sobie białe. Nikogo, czyt. Kudłatej, nie było w domu, więc miałam nadzieję, że ze spokojem sobie wypiorę, tym bardziej, że prawie przy każdym praniu słyszałam, że jak przyjdzie rachunek to będę dopłacać itp. Siedziałam sobie w pokoju przed komputerem i pisałam z Magnolią, kiedy wparowała do mojego pokoju Kudłata i zaczęła wykrzykiwać. Pełna zdziwienia zapytałam jakim prawem wchodzi do mojego pokoju bez pukania, a ona, że pukała - no nie wydaje mi się, bo słyszałam jej kroki i natychmiastowe otworzenie drzwi, ale Kudłata podsumowała to tak, że widocznie powinnam iść do lekarza skoro mam problemy ze słuchem. No i się zaczęło, że mam obsesję, że ledwo otwieram oczy, już pralka chodzi, że jestem szopem praczem i powinnam pracować w pralni, że jestem nienormalna itp. Miałam się nie odzywać, no ale nie mogę siedzieć cicho gdy ktoś na mnie psy wiesza niesłusznie i obraża, no po prostu nie mogę. Cokolwiek do niej mówiłam, ona nie słuchała tylko mnie przekrzykiwała mówiąc swoje. Więc grzecznie, poprosiłam żeby wyszła z mojego pokoju i może sobie pokrzyczeć na dworze, na co ona jeszcze bardziej krzyczeć zaczęła. Więc podeszłam do drzwi by je zamknąć, a ona siłą w nich stanęła i jak próbowałam je zamknąć, zaczęła się wydzierać i wymachiwać, że jestem agresywna, że co ja wyprawiam... momentalnie się odsunęłam, i patrzyłam na nią będąc w ogromnym szoku... ja? agresywna? Jak ludzie potrafią sobie wszystko podkoloryzować, robię prania 2-3 w tygodniu, jak dla niej to piorę codziennie i chyba nie ma dla niej znaczenia, że Nas jest dwoje. I przy okazji tych drzwi, powiedziałam jej, że sobie nie życzę, żeby wchodziła do mojego pokoju bez pukania lub gdy mnie nie ma - bo i tak się zdarzało, że wchodziła do Nas bez potrzeby i nie wiem co ona tam robiła?! Na to ona śmiać się zaczęła, że ona tu mieszka, że nikt jej nie zabroni tu wchodzić i będzie to robić kiedy ma ochotę, i zapytała ironicznie 'a co, może będziesz zamykać pokój na klucz?' i tu jej odpowiedziałam, że tak, na co ona zaczęła coś wykrzykiwać, to powiedziałam, że rozmawiałam z właścicielką i ona nie ma nic przeciwko. Na co ona 'Tak?? Ale to ja tu mieszkam!! Jak chociaż raz przyuważę, że drzwi są zamknięte, nie zostawię tak tego!!' i zaczęła się odgrażać. Już miałam jej serdecznie dosyć, myślałam, że zaraz wybuchnę. Jak tylko wyszła z pokoju, założyłam buty i wyszłam z domu tak jak stałam. Jeszcze nikt, tak mi ciśnienia nie podniósł jak ona. I to się nie da nie przejmować, nie słuchać. Bo ile można znosić takie chore zachowanie, no ile? Komukolwiek bym nie opowiadała tych wszystkich sytuacji, ich zdanie jest niemalże identyczne - ona jest ostro porąbana.
Po całej tej piątkowej sytuacji strasznie rozbolała mnie głowa i dostałam z tych nerwów porządnego rozwolnienia. Mam dość, psychicznie, takiej chorej atmosfery. I to do tego stopnia, że poważnie rozważam wyprowadzkę. Całość przeważy zdanie właścicielki, bo wspólnie z Ma. i M. stwierdziliśmy, że trzeba by było z nią porozmawiać, bo coś nam się ciężko wydaje, że kobieta nawet nie zdaje sobie sprawy z tego co Kudłacz wyprawia. Rządzi się jakby to wszystko było jej, wszystko musi być tak jak ona chce, jakby była najważniejsza. I tylko Nas interesuje, jak często się tutaj lokatorzy zmieniali, bo jestem pewna, że nikt nie wytrzymałby takich sytuacji długo. 

Poza tym incydentem, weekend minął mi całkiem przyjemnie. W sobotę rano zawiozłam M. do pracy i pojechałam do rodziców. I to był bardzo dobry pomysł, niż siedzieć samej pół dnia. Przy okazji brat wyciągnął mnie na dwór i myliśmy nasze autka. M. miał niespodziankę :) tak wysprzątałam auto, że nie dało się nie zauważyć. Po południu wsiadłam w autko i pojechałam do rodziców M., bo M. wrócił ze swoim tatą z pracy. Posiedzieliśmy do wieczora i wróciliśmy do Poznania. Po drodze złapała Nas straszna burza, waliło i błyskało się tak, ze aż się bałam, dawno nie było takiej burzy. Na szczęście szybko przeszła. W niedziele od rana wybraliśmy się na małe zakupy, a popołudnie spędziłam już siedząc z notatkami. Pod wieczór zrobiłam sobie przerwę na kanapki przygotowane przez M. i tak w sumie do wieczora siedziałam. Jeszcze w tym wszystkim znalazłam chwilę, żeby pobyć z M., poprzytulać się. Dobrze, że Go mam:* Mimo, że czasem wydaje mi się, że to taki Miś Puchatek, o małym rozumku, ale jest najlepszym Facetem na świecie!:* Kocham Go:*
No i te kilka dni zapowiadają się być pełne pracy, bo jeszcze mam sporo do nauki i powtórki, ale dam radę. I nie ma innej opcji. I przepraszam, Was, jeśli trochę Was zaniedbam, ale siła wyższa. 
Do następnego!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz